• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (4)


    Zosia miała 25 lat, kiedy to pokonała ocean za mężem. Pierwsze tygodnie minęły, święta i Nowy Rok szybko poszły w zapomnienie. Oskar dość łatwo oswoił się z myślą, że żona zostaje, ona zaś co rusz popłakiwała w poduszkę zadręczając się, czy dobrze zrobiła.

    - Chcę się zapisać do szkoły.
    - Jakiej szkoły?
    - Na angielski. Julka chodzi na uniwersytet, a ja? Boję się wyjść sama na ulicę. Mówiła mi, że w liceach są prowadzone darmowe zajęcia dla imigrantów. Może tam?
    - Eeee, to są klasy ESL, chodziłem na takie wieki temu jeszcze w Chicago. Sami Murzyni i Latynosi, a ty będziesz jedna biała. Daj sobie spokój. Nie potrzebuję jeszcze się denerwować o ciebie. Jeden z kolegów dał mi numer do jakiegoś Polaka, który ma serwis sprzątający, może zadzwonisz?

    Zosi napłynęły łzy do oczu, bo nie tak sobie wyobrażała życie w kraju-raju. Marzyła już o dziecku.

    - Poza tym tam, na domkach pogadasz sobie po angielsku i jeszcze zarobisz - dodał Oskar.

    - Dzień dobry, dzwonię w sprawie pracy.
    - O cześć, to dobrze, bo właśnie mi się dziewczyna wykruszyła. Bądź jutro na US1 i Palmetto.
    - O której godzinie?
    - 7:30, masz samochód?
    - Nie, nie mam.
    - A gdzie mieszkasz?
    - Deerfield.
    - To jak ty chcesz dojechać? Ja nie mogę przyjechać po ciebie, bo mi nie po drodze. Cóż... Będziesz, to jutro zaczniesz - jak nie, to zadzwoń, kiedy się coś zmieni.

    Właściciel firmy, a właściwie pseudofirmy, to koleś około czterdziestki. Wyluzowany i uśmiechnięty. Zosia kupiła dzień wcześniej rower i dokładnie na czas była na miejscu cała spocona. Tak wcześnie i taki upał! Jeszcze nie ma ósmej, a już człowiek ma dość. Zygmunt, a w zasadzie Zigi nie był jakimś wielkim przedsiębiorcą. Umiał raczej wykorzystać sytuację i nielegalnych emigrantów. Większość pracujących u niego dziewczyn nie miała prawa jazdy i ledwo mówiły po angielsku. Dlatego też nie krzywiły się, gdy on płacił im 40 dolarów za domek, kiedy klienci dawali średnio 65-80 „zielonych”. Potrącał też dwa dolary za benzynę dziennie. Z drugiej strony to w sumie wychodziło 76 dolarów, a to już całkiem niezły pieniądz jak na pierwszą pracę.

    Dziewczyny szybko wprowadziły Zosię w domkowy biznes. Dały jej też dobre rady.

    „Jak chcesz mieć napiwki noś obcisłe ciuchy, szorty wysoko wycięte i podłogę myj na kolanach. Wiesz, i nie spijaj alkoholi. Już mieliśmy taką, co na domku obaliła całe Malibu. Najważniejsze zawsze jest sypialnia i słanie łóżek - dopieść to, a resztę zrób po łebkach”.

    Ze wszystkich dziewczyn rozwożonych na domki Zosia najbardziej polubiła Marcelę. Ona zaprowadziła ją na pierwsze zajęcia ESL ku początkowemu niezadowoleniu Oskara, który jednak szybko przywykł do tego, iż żona cztery razy w tygodniu wracała z zajęć po 21:00. Ona zaś lubiła swoją grupę i nauczycieli. Jej klasa liczyła czternaście osób i oprócz Marceli zaprzyjaźniła się jeszcze z Cemem. Pochodził z Turcji i był prawie tak „biały” jak ona. W szkole spędzali po trzy godziny dziennie i wkrótce zaczęli - kalecząc jeszcze język - prowadzić małe dialogi.

    Zadzwonił telefon. Zosia spojrzała na zegarek. Szósta. Zigi - kurde, czego on chce o tej godzinie.

    - Zośka, potrzebuję, abyś dziś pojechała nad ocean do jednej z bardzo ważnych dla mnie klientek. Pojedziesz samochodem. Przypedałuj do mnie na 7:00, a ja ci wszystko wytłumaczę.
    - Dobrze. Ale Zigi, to chyba będzie ekstra płatne, tak?
    - Ubieraj się, pogadamy na miejscu.

    ***

    - Zigi, zwariowałeś? Ja nie umiem jeździć biegówką. Nie miałam nigdy prawa jazdy w Polsce, a tu dopiero co zrobiłam na automacie. Nie jadę nigdzie.
    - Zosia, weź nie marudź, jedziesz i już. Masz na siedem tygodni pewną i łatwą robotę. Musisz tylko dotrzymywać towarzystwa starszej pani ze złamaną ręką. Dasz radę.

    Zigi na szybko pokazał Zosi jak się używa sprzęgła, wytłumaczył jak dojechać i zatrzasnął za nią drzwi.

    Ruszyła z duszą na ramieniu, ale płynnie. I tak powolutku doczłapała się prawie do celu bez większych stresów. Na Hillsboro otworzyli most. Zosia utknęła w korku i to w dodatku pod górę.

    - No to po mnie - zawołała przerażona - przecież ja jadę do tyłu, jak to możliwe?
    Zaciągnęła hamulec ręczny i wysiadła załamana z auta, bo ni jak nie umiała ruszyć tego grata pod gorę.

    Kierowca, który stał za nią już lekko podirytowany, aczkolwiek bardzo życzliwy spytał, w czym problem.

    - Hm, to zróbmy tak - ja przejadę twoim za most, a ty moim, spotkamy się pod Seven eleven.
    - Dziękuję bardzo.

    Zosia ucieszona wsiadła do auta sympatycznego nieznajomego i czekała aż ten ruszy... ale nie ruszył. Po dłuższej chwili mężczyzna wysiadł.

    - Nie. Takim gratem to i ja nie umiem, toż to biegówka! Zadzwoniłem już po policję i zaraz przyjadą.
    Nie dokończył zdania, jak dwa radiowozy podjechały. Gigantyczny korek sie za nimi zrobił, ale nikt nie tracił cierpliwości i nie trąbił. W Poznaniu całe miasto już by wyło... Policjant przeprowadził auto przez most i oddając kluczyki pożyczył miłego dnia. Cóż, nie ma to jak typowa blondynka! I amerykańska uprzejmość z samego rana.

    Cdn.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!