• Wędrówką życie jest człowieka...

    Wszystko na NIE :-(




    Cóż, czasami nadchodzi taki dzień, który może trwać dwa, trzy czy nawet kilka tygodni... Powinnam powiedzieć, że to nie dzień, a jakiś tam określony czas, ale nie będę się jeszcze bardziej dołować, bo jak sobie pomyślę, że mój wisielczy nastrój ma trwać więcej niż dzień, to nic tylko się powiesić. A trwa on już od świąt. Po pierwsze dieta - skoro to jest tematem przewodnim tego cholernie przeciętnego bloga. Pan Gaca miał w sumie rację mówiąc, że nie powinno się wychodzić nawet na jeden dzień z diety. Ma to później masakryczne skutki! Ja udaję teraz, że dietę trzymam, bo podjadam co rusz... Niby nie dużo, gdyż jakieś tam resztki rozsądku się przebijają, ale jednak to nie jest to, co powinno być. 

    Nie wiem, jak inni sobie dają radę. Oczywiście piloci akcji muszą - ale oni mają dodatkową motywację, no i są na świeczniku... Ja nie jestem... Siedzę sobie gdzieś tam w kącie i świadomość, iż jestem niezauważalna i nieważna daje mi poczucie bezkarności. Niemniej to nie chodzi o Gacoludków, tylko o mnie samą. Odchudzać zaczęłam się dla siebie. I widząc pierwsze efekty cieszyłam się jak dziecko, a teraz pytam się sama siebie: po co? Po co to wszystko? Co to za różnica czy umrę chuda, czy gruba?


    Ja lubię jeść - nie oszukujmy się. Szukam teraz powiązania tego z moim nastrojem i tak - w dobie wielkiego stresu jest to czysta przyjemność. Taka chwila zapomnienia o chorym dziecku, przyjacielu walczącym o życie czy też bardziej błahych rzeczach, jak codzienna szarość dnia, bieganie od szkoły do pracy w poszukiwaniu kilku złotówek na koncie bankowym, które nie dają żadnej satysfakcji, bo przecież w tym chorym kraju ciężko jest utrzymać rodzinę. Jak to w kółko słyszę „dużą” - za dużą jak na Warszawę... Nie mam już siły rozwodzić się nad tym, dlaczego jest tak, że większość społeczeństwa zarabia tylko na rachunki. A co bardziej mnie dziwi oni są zadowoleni - a czy mieszkanie na 30 lat kredytu i jakiś tam samochód to wyłączne marzenia przeciętnego obywatela? Czy ludzie nie chcą czegoś więcej, czyli normalności, która pozwoli zatrzymać im się na chwilę, przycupnąć i zachwycić się życiem, a nie tylko tak pędzić - do nikąd...


    Eh... Chyba czas zakończyć, bo nakręciłam się i mogłabym tak dalej pisać w nieskończoność - i tak na marginesie: pisanie jest drugą, być może i przyjemniejszą rzeczą niż jedzenie :-) Rozładowuje napięcie i stres. Prawie się wyciszyłam, jeszcze tylko kawka i spacer - w ramach walki z otyłością :-)

    6 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!