Witam Ciebie serdecznie!

Mam na imię Justyna i jestem autorką tej strony.

Jeśli zapytasz, o czym jest ten blog, nie odpowiem jednoznacznie, bo nigdy nie miałam zamiaru tworzyć tematycznego serwisu, formatującego mnie i moje pisanie w sztywne ramy.

Zresztą przyznam się szczerze, że w żadne ramki się nie mieszczę, bo zwyczajnie jestem za gruba.

Pytanie jakie powinieneś mi zadać i niecierpliwie czekać na odpowiedź to: "dla kogo piszę?" - to jest o wiele ważniejsze, zatem spieszę z odpowiedzią.

- Po pierwsze dla Ciebie, czyli osoby myślącej, ceniącej słowo pisane, z poczuciem humoru i pewnym dystansem do siebie i świata.
- Po drugie, Ameryki nie odkryję i powiem, że dla siebie.

Nie jest to pamiętnik licealistki, bo ten etap życia mam już dawno za sobą. Nie jestem też ryczącą czterdziestką, która za wszelką cenę chce jeszcze udawać motyla. Pisanie jest dla mnie tym, czym dla innych sport, muzyka czy alpinistyka. Jest pasją.

To by było na tyle.
Ciii, pracuję nad tym :-) Lada moment coś tu się pojawi. Do tego czasu polecam lekturę tekstów.

Poległa Kanada

Autor: Justyna Kotowiecka poniedziałek, 4 marca 2013

Ostatnio w ogóle nie pisałam o Kanadzie. Przeprowadzka i zaszycie się w bajkowej krainie fiordów mogłoby wskazywać na to, że zapomniałam o klonowym liściu. Nic bardziej mylnego. Po prostu moja nadzieja umarła, zrobiłam wszystko, co było możliwe, aby marzenie się ziściło... Dziś wracam do tego, bo jestem wkurzona! Tak - to dobre określenie. Zawsze na swoim blogu unikałam podawania nazwisk i firm, z którymi współpracowałam, aby nikogo nie zranić, nikogo nie „przechwalić” itd. Jednak dziś Mr. Incredible doprowadził mnie do szału i myślę, że mam prawo być rozżalona!

Dlaczego?
Czytajcie dalej albo od razu przejdźcie do linka na dole! :-( Eh... Prawnicy, konsultanci i inni magicy...

Jak wiecie, wiosną składaliśmy dokumenty w celu uzyskania Authorization to return to Canada jak i ubiegaliśmy się o wizy pracownicze oraz studenckie dla dzieci. Odmówiono nam, pomimo że Mr. Patience dokonał cudu i otrzymaliśmy nominację z prowincji Saskatchewan. Mr. Incredible poinformował mnie, że w takiej sytuacji nie zostaje nam nic innego, jak złożenie dokumentów na rezydenta, czyli pobyt stały. Tutaj też nasze drogi się rozeszły, bo umowa była taka, że ON rozwiązuje moje problemy karne (ciągnąca się od 16 lat sprawa „fire alarm”), a Mr. Patience prowadzi resztę...

Moja radość była wielka, gdy okazało się, że Mr. Incredible pomoże mi wszystko skompletować i dociągnąć do końca. Dziękować! Wdzięczność moja zawsze będzie ogromna! Byłam szczęśliwa, choć z drugiej strony wydałam kupę kasy na to, aby oczyścić męża z irracjonalnych z polskiego punktu widzenia zarzutów, które w mniemaniu kanadyjskim są kryminalnie niewybaczalne. Oczywiście nie udało się nic z planowanych działań, bo sąd nie zgodził się przeprowadzić sprawy bez obecności męża, zaś ambasada nie uznała tego za wystarczający powód, by pozwolić mu się stawić na rozprawę.

Kwadratura koła!

A teraz do rzeczy. Przygotowałam, wysłałam, wydałam kolejne pieniądze i uzbroiłam się w radosną cierpliwość oczekując - bo po trzech latach mi się w końcu należy! - na szczęśliwy i sprawiedliwy koniec. Wyobrażałam sobie siebie na lotnisku w Saskatoon witaną przez kuzynostwo i znajomych, których już dawno tam wysłałam :-) Łzy radości i szczęścia...

Wielkie było moje zdziwienie, gdy odesłano mi wszystkie dokumenty tłumacząc, że nominacja minęła - choć dokumenty dotarły na styk, ale o czasie. Dwa, że brakuje im tłumaczeń aktów urodzenia dzieci, które rodziły się w USA, więc mają certyfikaty po angielsku... No ale może powinnam je przetlumaczyć na polski, a potem znów na angielski?

Zgłupiałam... Niemniej to mogę zrozumieć, gdzieś popełniłam błąd, mogłam uważniej sprawdzić, doczytać, a już na pewno wysłać papiery dużo wcześniej! To, czego nie mogę przeżyć i co spędza mi sen z powiek, to fakt, iż Mr. Incredible, który był przy mnie i zawsze mowił, że nie ma spraw nie do załatwienia i wszystko jest kwestią czasu i pieniędzy, raptem ulotnił się. Nie odbiera telefonu, nie odpisuje na emaile, nie reaguje na Skype! 

Nic, zero jakbym nie istniała. Najwyraźniej zużyłam już swój limit, bo gdyby przeliczyć 10 000 $ na godziny - 150$ każda - to wychodzi około 66 godzin :-) Przesrałam więcej niż tylko 10 tysięcy, bo trzeba dołożyć Mr. Patience, opłaty za wszystkie formy, niewypał jakim był prawnik kryminalny itd... Okazuje się, że dość kosztowna była ta moja terapia antykanadyjska :-)

Dziś nie pozostaje mi nic innego, jak walczyć niestrudzenie dalej. Taki samotny żagiel napędzany mrzonką o sprawiedliwości i praworządności w świetle bladego już, aczkolwiek jeszcze dyszącego celu, oświeconego wizualizacją siebie w Paryżu prerii, czy jak kto woli w zapomnianym przez Boga Saskatoon :-)

A całe moje roztrzęsienie wzięło się po przeczytaniu tego! I po co ja szperam głupia po tym internecie?!

http://bejsment.com/2012/03/09/pawel-niznik-nie-jest-tak-zle-z-polakami…/

Z archiwum http://bejsment.com/files/2012/03/Paweł-Niżnik.jpg

36 komentarze

Prześlij komentarz