• Wędrówką życie jest człowieka...

    Poległa Kanada


    Ostatnio w ogóle nie pisałam o Kanadzie. Przeprowadzka i zaszycie się w bajkowej krainie fiordów mogłoby wskazywać na to, że zapomniałam o klonowym liściu. Nic bardziej mylnego. Po prostu moja nadzieja umarła, zrobiłam wszystko, co było możliwe, aby marzenie się ziściło... Dziś wracam do tego, bo jestem wkurzona! Tak - to dobre określenie. Zawsze na swoim blogu unikałam podawania nazwisk i firm, z którymi współpracowałam, aby nikogo nie zranić, nikogo nie „przechwalić” itd. Jednak dziś Mr. Incredible doprowadził mnie do szału i myślę, że mam prawo być rozżalona!

    Dlaczego?
    Czytajcie dalej albo od razu przejdźcie do linka na dole! :-( Eh... Prawnicy, konsultanci i inni magicy...

    Jak wiecie, wiosną składaliśmy dokumenty w celu uzyskania Authorization to return to Canada jak i ubiegaliśmy się o wizy pracownicze oraz studenckie dla dzieci. Odmówiono nam, pomimo że Mr. Patience dokonał cudu i otrzymaliśmy nominację z prowincji Saskatchewan. Mr. Incredible poinformował mnie, że w takiej sytuacji nie zostaje nam nic innego, jak złożenie dokumentów na rezydenta, czyli pobyt stały. Tutaj też nasze drogi się rozeszły, bo umowa była taka, że ON rozwiązuje moje problemy karne (ciągnąca się od 16 lat sprawa „fire alarm”), a Mr. Patience prowadzi resztę...

    Moja radość była wielka, gdy okazało się, że Mr. Incredible pomoże mi wszystko skompletować i dociągnąć do końca. Dziękować! Wdzięczność moja zawsze będzie ogromna! Byłam szczęśliwa, choć z drugiej strony wydałam kupę kasy na to, aby oczyścić męża z irracjonalnych z polskiego punktu widzenia zarzutów, które w mniemaniu kanadyjskim są kryminalnie niewybaczalne. Oczywiście nie udało się nic z planowanych działań, bo sąd nie zgodził się przeprowadzić sprawy bez obecności męża, zaś ambasada nie uznała tego za wystarczający powód, by pozwolić mu się stawić na rozprawę.

    Kwadratura koła!

    A teraz do rzeczy. Przygotowałam, wysłałam, wydałam kolejne pieniądze i uzbroiłam się w radosną cierpliwość oczekując - bo po trzech latach mi się w końcu należy! - na szczęśliwy i sprawiedliwy koniec. Wyobrażałam sobie siebie na lotnisku w Saskatoon witaną przez kuzynostwo i znajomych, których już dawno tam wysłałam :-) Łzy radości i szczęścia...

    Wielkie było moje zdziwienie, gdy odesłano mi wszystkie dokumenty tłumacząc, że nominacja minęła - choć dokumenty dotarły na styk, ale o czasie. Dwa, że brakuje im tłumaczeń aktów urodzenia dzieci, które rodziły się w USA, więc mają certyfikaty po angielsku... No ale może powinnam je przetlumaczyć na polski, a potem znów na angielski?

    Zgłupiałam... Niemniej to mogę zrozumieć, gdzieś popełniłam błąd, mogłam uważniej sprawdzić, doczytać, a już na pewno wysłać papiery dużo wcześniej! To, czego nie mogę przeżyć i co spędza mi sen z powiek, to fakt, iż Mr. Incredible, który był przy mnie i zawsze mowił, że nie ma spraw nie do załatwienia i wszystko jest kwestią czasu i pieniędzy, raptem ulotnił się. Nie odbiera telefonu, nie odpisuje na emaile, nie reaguje na Skype! 

    Nic, zero jakbym nie istniała. Najwyraźniej zużyłam już swój limit, bo gdyby przeliczyć 10 000 $ na godziny - 150$ każda - to wychodzi około 66 godzin :-) Przesrałam więcej niż tylko 10 tysięcy, bo trzeba dołożyć Mr. Patience, opłaty za wszystkie formy, niewypał jakim był prawnik kryminalny itd... Okazuje się, że dość kosztowna była ta moja terapia antykanadyjska :-)

    Dziś nie pozostaje mi nic innego, jak walczyć niestrudzenie dalej. Taki samotny żagiel napędzany mrzonką o sprawiedliwości i praworządności w świetle bladego już, aczkolwiek jeszcze dyszącego celu, oświeconego wizualizacją siebie w Paryżu prerii, czy jak kto woli w zapomnianym przez Boga Saskatoon :-)

    A całe moje roztrzęsienie wzięło się po przeczytaniu tego! I po co ja szperam głupia po tym internecie?!

    http://bejsment.com/2012/03/09/pawel-niznik-nie-jest-tak-zle-z-polakami…/

    Z archiwum http://bejsment.com/files/2012/03/Paweł-Niżnik.jpg

    37 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!