• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (18)


    Między FL a PL (18)
    Zagłębili się w otchłani potwornie czerwonego zapomnienia. Oskarowi brakowało powietrza. Bordowo-ruda szczelina pożerała ich. Wcale nie byli w piekle. O nie. Tam przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. Tu ta nieznana im dotychczas zachwycająca piękność przerażała swoją doskonałością. Rozdziawił szeroko buzię, a Zośka przerażona położyła głowę na jego piersi. Oddycha - pomyślała uspokojona.

    - Nic mi nie jest - wyszeptał.
    - Mąż panicznie boi się latać - uspokajała współpodróżnych.
    - Spokojnie - odezwała się wietnamska reporterka, z którą Zosia zdążyła już nawiązać serdeczny kontakt. - Ten lot nie jest długi, a właściwie o wiele za krótki.
    - Nic mi nie jest! - Oskar już bardziej zdecydowanym i trochę rozdrażnionym głosem odburknął i odwrócił głowę w kierunku okna. Wziął aparat do ręki i odezwały się przyszłe gorące wspomnienia, doprowadzając serce do palpitacji przy każdym najmniejszym westchnieniu. Albumy ze zdjęciami po latach wytarte od roztrzęsionych rąk przewracających kartki, które przywoływać będą z niedowierzaniem minione obrazy. Za każdym razem miejsce to będzie tętniącym wulkanem bezpowrotnej przyszłości.

    - Jestem pod ogromnym wrażeniem! Do głowy by mi nie przyszło, że aż tak zachwyci mnie piękno przyrody.
    - Całuj żonę po rączkach - Zosia uśmiechnęła się triumfalnie. Była z siebie dumna, że udało jej się namówić męża na lot. Cel uświęca środki.
    - Nie przesadzaj! Hm, helikopter to istne zabójstwo, ale... kurczę dla tych widoków warto. Musnął policzek żony ustami aprobując jej małe zwycięstwo.
    - To pstrykaj, pstrykaj, a nie gadaj.
    W drodze powrotnej Zosia trochę przycichła. Oskar doszedł do wniosku, że dało się jej we znaki zmęczenie, a i głowa była pełna wrażeń. Bezsprzecznie był to cudowny dzień. Niezapomniany. Kierowca, który również był przewodnikiem wyprawy wciąż coś opowiadał. Trzeba było być bardzo skupionym i uważnym, aby niczego nie pominąć. Zwrócił uwagę na brak zieleni w Nevadzie. To ze względu na położenie i brak wody. Tylko najbogatsi mogą pozwolić sobie na trawę przed domem. Opowieści i anegdot na temat zapory nie sposób zapamiętać, choć pies-bohater wzruszył wszystkich i na zawsze pozostał w sercach. Uratował człowiekowi życie. Przyjaciel do grobowej deski. Trochę niezrozumiałe to było dla wietnamskiej redaktorki, która chyba temu wydarzeniu poświęci sporą część swojego reportażu, bo spisywała wszystko skrupulatnie. Zosia ją podpatrywała, bo znaczki chińskie, japońskie czy wietnamskie zawsze ją fascynowały. Poprosiła nawet o autograf na pamiątkę.

    Wysiedli z samochodu. Wymienili się adresami i Zosia obiecała wysłać wszystkim zdjęcia. Co zresztą uczyniła już po powrocie do domu. Obrobiła wszystkie fotki, ułożyła w albumy i porozsyłała po świecie czując, że jest jego znaczącą częścią. Pożegnania w USA są bardzo emocjonalne, więc wymiana zdań, uścisków i pocałunków trwała wieczność.

    - Właściwie to ja już mogę wracać do domu - odezwała się, gdy już byli sami.
    - Co ty wygadujesz? Mamy jeszcze dwa dni.
    - Tak, wiem, ale tęsknię za chłopcami i żałuję, że nie ma ich z nami.
    - Są za mali, a poza tym to nie miejsce dla dzieci. Ciesz się wolnością. Już niedługo wracamy - po czym wziął głęboki oddech i składając ręce do nieba, bez żadnego skrępowania na środku tłocznej ulicy przeciągnął się, spoglądając w słońce.
    - Ja wiem, ale oni są jeszcze tacy... - głos utkwił w gardle, stłamszony przez napływające do oczu łzy. Oskar odruchowo widząc szklistość błękitu pod powiekami przytulił żonę, choć właściwie to zupełnie nie rozumiał sytuacji.
    - Nie mogę dodzwonić się do Julki. Zupełnie zapomnieliśmy o Bożym świecie, a przecież przed wylotem był sztorm i nadciągał huragan.
    - Sama wiesz, że więcej szumu narobią w TV niż to warte. Aby tylko wypędzić ludzi do sklepów. Zasiać panikę i nic więcej. Julka jest na basenie z chłopakami i nie słyszy telefonu, a dziadek pewnie śpi.
    - Albo coś się stało.
    - Nic się nie stało! Przestań z tym swoim czarnowidztwem, czy nie potrafisz kobieto cieszyć się chwilą? Carpe diem - nie mówi ci to nic? Zawsze Zośka, zawsze coś spieprzysz. A było tak miło... prawda? Za miło. Raz na ruski rok gdzieś sami pojechaliśmy. Twoje destruktywne zachowania już mnie irytują.
    - Dobrze, dobrze... przepraszam. Nie mów nic więcej, bo się rozpędzasz. Jest jak mówisz. Chodźmy coś zjeść, bo umieram z głodu.
    - Odechciało mi się. Nie jestem głodny. Idę do kasyna.
    - Oskarku, do kasyna jeszcze zdążysz, chyba nie chcesz, aby żona z głodu majaczyła? 

    Uśmiechnęła się do niego. On spojrzał na nią z politowaniem. Zacisnął ze złości szczęki, co uwydatniło grubą, teraz jeszcze bardziej wyrazistą zmarszczkę pomiędzy brwiami, która dodawała jego twarzy nie tyle powagi, ile lat. Wyglądał jak rozwścieczony byk, który rozpędza się w dzikim szale bez namysłu z zamiarem pokonania wroga, atakując bezmyślnie każde usłyszane słowo. Zosia nieprzyzwyczajona do takiego widoku, trochę rozpieszczona i rozkapryszona udała głupiutką, ale jakże słodką istotkę. Bała się dnia, w którym mąż mógłby wydostać się z tłumionego nadąsania i wybuchnąć. Wtedy to oznaczałoby, że musi emocjonalnie dorosnąć, a to było ponad jej siły. Być matką i żoną to zupełnie co innego niż być kobietą dojrzale odpowiedzialną. Nie wiedziała, czy taki ciężar uniesie. O ile bezpieczniej się żyje wiedząc, że zawsze tuż obok są ramiona męża, który będzie jak lew bronił swojego stada? Wtedy życie można brać garściami, zachłysnąć się nim, bo zawsze wiadomo, że ktoś rzuci w razie potrzeby koło ratunkowe. Wtedy można być pasażerem na gapę.
    - A co byś powiedział, gdybyśmy po kolacji poszli razem do kasyna? Dmuchałabym na monety i szeptała do ucha zaklęcia na szczęście? Nie dąsaj się jak mały chłopczyk. Wiesz dobrze, że ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić to wyprowadzić cię z równowagi. Kochanie, no już... Uśmiechnij się do mnie. 
    Tuliła się do niego zniżając głos. Objęła mocno jego szyję i spojrzała w oczy. Widząc jak napływa do nich łagodność wiedziała, że sytuacja została opanowana, niemniej aby mieć pewność pocałowała usta, które niepewnie, powolutku nabierając większej ochoty rozszerzały się w zapomnieniu, pozostawiając napięte wspomnienia hen za sobą.
    - Kocham cię, nie zapominaj Oskar. Nigdy nie zapominaj. Cokolwiek by się nie działo, jak bardzo bylibyśmy na siebie źli to wiedz, że to jest stan chwilowej nierównowagi, bo moje serce zawsze będzie biło dla ciebie i znajdzie sposób, by rozwiązać problem.
    - Nie mędrkuj już mi. Koniec nawijania makaronu za uszy. Rozumiesz? Idziemy zjeść, bo rzeczywiście jeszcze zaczniesz mi tu jakieś bzdurki opowiadać.
    Zosia uśmiechnęła się ochoczo i w spokoju ducha, pozbawiona jakichkolwiek wyrzutów sumienia idąc z mężem za rękę myślała o tych wszystkich kobietach samotnych. Ileż je spokojnej dobroci omijało w życiu...
    (...)

    - Dobrze, że mamy bilety w dwie strony - zażartowała - bo inaczej wracalibyśmy okręceni w ręczniki boso na Florydę.
    - Warto było! Nie żałuję, a ty?
    - Nie, skądże. Bawiłam się rewelacyjnie.
    - I bardzo dobrze! O to chodziło.
    Zosia opadła zmęczona na łóżko. Włączyła telewizję i poszła się kąpać. Łazienka w hotelu miała wannę i prysznic. Rozłożyła ręcznik na dnie wanny, nalała gorącej wody, nałożyła maseczkę nawilżającą na twarz i zanurzyła się w wodzie. Chyba musiała przysnąć, bo jak się ocknęła woda była już całkiem letnia. Pomyślała, że Oskar też śpi, bo przecież inaczej już dawno dobijałby się do łazienki. Powoli wycierała się, natarła ciało olejkiem waniliowym i rozmarzona szła przywitać upalną noc.
    - Nie śpisz?
    - Nie. Zobacz - załamał głos. - Jednak miałaś rację. Julka nie odbiera, bo pewnie nie ma zasięgu.
    - Co się dzieje? Co to za zdjęcia?
    - To Miami. Wczoraj uderzył huragan. Dziś już szacują straty.
    - Wilma? To ten, o którym mówili, że zwolni na lądzie?
    - Tak.

    Zosia nerwowo, ze łzami w oczach zaczęła dzwonić do koleżanki. Do dziadka. Do Marceli. Nic, cisza, nikt nie odpowiada. Zadzwoniła na lotnisko sprawdzić, czy ich lot nie jest odwołany. Na szczęście nie. Oby dotrwać do juta. Oby dotrwać do jutra - powtarzała sobie w myślach. A co, jeśli jutro nie nastąpi?

    - Cześć Stano! Nawet nie wiesz jak się cieszę, że się dodzwoniłem.
    - Chłopie, ale cię ominęło! - wrzeszczał do słuchawki.
    - Właśnie widzę. Tak byliśmy pochłonięci wakacjami, że w ogóle nie wiemy, co na świecie słychać, tu na ulicach nikt nic nie komentuje. Dopiero co włączyliśmy telewizję.
    - Wiesz, mocno przesadzają, nie jest tak źle, ale zaraz po powrocie widzę ciebie u siebie.
    - Dlaczego?
    - Stary, pół dachu mi zerwało. Muszę naprawiać. Płotu też nie mam, nie wspomnę o palmach.
    - Kurde! Ale nic nikomu się nie stało?
    - Nie! Spokojnie. Nie było źle.
    - Dzieci są u Julki. Nie mogę się do niej dodzwonić, a Zośka odchodzi od zmysłów.
    - Nic na pewno się nie stało, spokojnie. Wiesz, że złe wieści rozchodzą się najszybciej.
    - Zośka nie krzycz mi nad uchem - oburzył się Oskar.
    - Powiedz Stanowi, aby pojechał do Julki, słyszysz? I do nas oddzwonił!
    - Nie, mowy nie ma. Nie żebym nie chciał, ale drogi są nieprzejezdne. Nie dopcham się nad ocean, zwłaszcza że nie mam paliwa, a wszystko zamknięte. Sorry. Powiedz Zosi, że nie mam jak, choćbym chciał.
    - Stano! Jesteś? Niech to szlag!
    - Co się dzieje? No mów!
    - Przerwało połączenie...

    Cdn.

    Kochani, powyżej macie coś specjalnego na Walentynki - kolejną część opowiadania, które w odcinkach ukazuje się od miesięcy w blogoportalu Neteor. A od dziś również tutaj! Wkrótce pojawią się także odnośniki do opublikowanych już części. Jeśli ktoś nie miał dotąd okazji śledzić emigracyjnych losów Zosi - teraz może zacząć! Całuję Was mocno!

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!