• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (19)


    Między FL a PL (19)
    Lotnisko od razu przytłoczyło ciężkim żarem, choć generalnie wyglądało dokładnie tak samo jak kilka dni temu. W wielkim pośpiechu oboje pognali do samochodu.

    Zosia patrzyła na Oskara wielkimi niebieskimi oczami pełnymi wdzięczności i troski. Odkrywała go na nowo w sytuacjach kryzysowych. Nigdy wcześniej nie byli w takim stresie, kompletnie pozbawieni wiedzy na temat przyszłości. Nie paraliżował ich strach o własne dzieci, który odbierając mowę otaczał ich wymowną ciszą ubraną w nadzieję. Ona, choć zwykła zazwyczaj panikować, histeryzować i snuć czarne opowieści siedziała cicho. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała wziąć udział w życiowej tragedii. Teraz nie miała już wyjścia i grała główną rolę. Nie była do niej absolutnie przygotowana. Zapomniała scenariusza, nie mogła sobie przypomnieć końca... Oskar trzymał ją za rękę, ale nie patrzył w jej stronę. Nie okazywał czułości. Wiedział, że jakikolwiek gest jest w stanie przerwać tą cienką nić opanowania i odwagi. Tym razem i on się bał.

    - Most zamknięty i co teraz? - spokojnie, jak gdyby nigdy nic, wyszeptała.
    - Nie wiem. Jedziemy do domu. Zobaczymy, co z niego zostało.

    I 95 była całkowicie przejezdna. Na poboczach głównie wygrzewały się zagubione palmy, które musiał przywiać wiatr. Trzepotały liściami. Ogólnie było brudno, co jest niespotykane w tym stanie. Tu, tu zawsze wszystko było idealnie. Trawa zieleńsza od zielonych łąk, kwiaty kwitnące pod linijkę, ułozone w przepiękne paterny, cieszące swoim idealnym pięknem każdego, nawet najtwardszego przyrodniczego dyletanta. Nie było siły, musiał się zachwycić tym nieznanym i niepojętym pięknem.

    - Dalej nie pojedziemy.
    - Dobre i to. Zobacz, tu jest miejsce. Zaparkuj.
    - Gdzie lecisz?
    - Do domu! Zabierz rzeczy i chodź.

    Zosia pobiegła przed siebie. Na ulicach leżało pełno żelaza i metalowych części. Wszystko to z osiedla domków mobilnych, które znajdowało się tuż obok. Właściwie każdy z samochodów był przywalony złomem lub palmami. Ogrodzenie kortów tenisowych zniszczone. Stanęła przed drzwiami. Wstrzymała oddech. Osunęła się na ziemię i zaczęła głośno płakać. Usłyszała kroki męża na schodach i szybko otarła łzy.

    - Co ty robisz?
    - Są w domu. Słychać dzieci, nasze dzieci!
    - Dlaczego nie wchodzisz? - powiedział z pretensją w głosie, ale i z wielką ulgą. Kąciki jego ust zwróciły się ku górze.
    - Musiałam odreagować, uspokoić się... Nie chcę nawet myśleć, co by było gdyby...
    - Wstawaj! Nie gdybaj już.

    Zosia tuliła chłopców patrząc na nich z miłością, co chwila ich całując. Julka krzątała się w kuchni i podniecona całą sytuacją opowiadała minuta po minucie, co się stało. Dziadek, który wciąż pozostawał pod jej opieką, drzemał wygodnie w fotelu, a Oskar ustalał szczegóły naprawy dachu ze Stanem, który w końcu ruszył swoje cztery litery w poszukiwaniu Julki i dzieci.

    - Nie wiedziałam, gdzie jechać. Wszytkie hotele zajęte, bo całe wybrzeże ewakuowano. Dziadek to nawet chciał nas wziąć do New York. Nie masz pojęcia, co ja przeżyłam. W końcu oświeciło mnie, że mam klucze. Zadzwoniłam do Tiago, aby mi pomógł wnieść na to wasze pierwsze piętro dziadka. Miałam zdzwonić, ale z całą trójką jest tyle roboty, że nie wiedziałam w co ręce włożyć. No i ten widok... Przerażające.
    - Rozumiem, nic się nie stało, choć powiem szczerze, że miałam stan przedzawałowy. Jak mogłaś nie zadzwonić!
    - To rozumiesz, czy nie? Czego krzyczysz? Dziadka mi obudzisz!
    - Nie krzyczę, tylko nie może do mnie dotrzeć jak mogłaś nie odbierać telefonów. Wiesz, ile razy wczoraj do ciebie dwoniłam?
    - Nie patrzyłam. Zajmowałam się twoimi dziećmi, gdy krążyłaś po Las Vegas!
    - Dziewczyny! - ryknął Oskar.
    - Przepraszam, pomiosło mnie. Julka, ty sobie nie zdajesz sprawy, jak ja się cholernie bałam. Mam nadzieję, że jak zostaniesz matką, to zrozumiesz
    - Możliwe... Możliwe... - głos dziewczyny o włosach czarnych jak bezgwiezdne niebo załamał się, przycichł, aż w końcu zamarł. Zosia w ogóle nie zwróciła na to uwagi, bo była całkowicie pochłonięta zabawą z chłopcami.

    Oskar nie chodził cały następny tydzień do pracy. Julka pomieszkiwała z nimi, bo nadal nie otworzyli mostu. Siedzieli sobie wszyscy szczęśliwie. Grillowali. Rozmawiali. Śmiali się. Doktor Liva znacznie się ożywił. Oskar wieczorami, ku niezadowoleniu kobiet, częstował go dwunastoletnią whisky.

    - A wiesz, że serce może z tęsknoty i żalu pęknąć? - posmutniał.
    - Eee, chyba doktor przesadza z lekka, skąd ta mina? - Zosia wzięła go za rękę. Pogłaskała go czule. - A kiedy tęsknota jest na tyle tęskna, aby zabić? A żal na tyle silny, aby odebrać chęć życia?

    Zapytała z nutą niedowierzania w jego refleksyjne słowa. Musiał tęsknić za żoną, za córką... To niesprawiedliwe, że tak uznany lekarz chowa własne dziecko. Przegrali walkę z rakiem. Jego żona była w stanie wytrzymać bez niej dwa tygodnie. Miała zawał. Zaraz potem on dostał wylewu. Pewnie chciał dołączyć do kobiet swego życia. Jednak Bóg chciał inaczej. Miał jescze syna. Wnuki. Wiele lat spokojnego życia. Przyjaciół...

    - Jest... jest. Ja wiem, że umrę, gdy mnie Julka zostawi.
    - Jula? Wolne żarty, ona kocha doktora jak własnego dziadka. Gdzież ona będzie mieć lepiej?
    - Umrę, gdy mnie własny syn do domu starców odda... - zawiesił głos.
    - Ależ nic takiego nie będzie miało miejsca.
    - Oczwiście, że nie! - energicznie zaprzeczyła Julka i spojrzała na Oskara wilkiem. Zagroziła mu po polsku, że ani jednej kropli więcej, bo udusi jak psa. On zaś niewiele się przejął tą groźbą, ale zważywszy na stan dziadka i jego grobowy nastrój, posłusznie pomógł jej zaprowadzić go do łóżka.

    Zosia nie mogła przestać o tym myśleć. Pod pretekstem zaniesienia doktorowi wody udała się do pokoju gościnnego, aby zadać mu jeszcze kilka pytań. Spał. Oddychał miarowo. Spokojnie. Miał jednak niepokojący grymas na twarzy. Cóż... Jutro jest wolne od dzisiaj. Jutro można zacząć wszystko od nowa... Nie będę już o nic pytać. Jakie to ma znaczenie, gdy o świcie zabłyśnie jak co dzień na Florydzie słońce nowych nadziei?

    Cdn.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!