• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (20)


    Między FL a PL (20)
    - Nigdy, naprawdę nigdy w życiu bym nie pomyślała, że takie rozwiązanie może ci przyjść do głowy! Komu jak komu, ale tobie?

    Pokręciła łagodnie głową na znak protestu. Ruch ten był pełen miłości, choć w oczach można było dostrzec zawiedzione niedowierzanie.
    -  A co w tym dziwnego?
    - Choćby to, że co niedziela biegasz do kościoła - palnęła zupłnie nie myśląc o tym, jak głupie to było z jej strony i zupełnie nieodpowiednie w tej chwili, niemniej nic mądrzejszego jej nie przyszło do głowy. Zresztą, kto inny jak nie Bóg mógł tu więcej zdziałać?
    - Pewnie! I to oznacza, że nie mam problemów, a moje życie toczy się sielankowo?
    Pochlipując coraz mocniej, zacisnęła białe proszki w garści i skuliła się na łóżku. Wyglądała jak malutka zagubiona owieczka na wielkiej kwitnącej łące, tuż pod ciemnym groźnym  lasem. Samotna. Przerażona. Wystawiona wilkom na pożarcie. Nie liczyła na cud.
    - Tego nie powiedziałam. Uspokój się. No już... Już nie płacz. Ze wszystkim sobie damy radę.

    Położyła się obok na łóżku i przytuliła ją mocno. Głaskała jej ciemne włosy ze spokojem. Cierpliwie. Czekała, aż ostatnia łza położy się ciężko na poduszkę. Słyszała jej pusty dźwięk. Liczyła je. Była ciekawa, ile trzeba ich wylać, by oczy wysuszyły się na tyle, aby móc bez emocji spojrzeć w przyszłość i się jej nie obawiać. By nabrać odwagi i chwycić byka za rogi.

    Wiele...

    -Wiesz - zaczęła mówić cicho i delikatnie, by nie spłoszyć ciszy, która w końcu po dobrych dwóch godzinach nastała - musisz zacząć od rozmowy z Tiago. Powinien wiedzieć. Nie sądzisz?
    - Wie.
    - I? - oczy nabrały blasku w nadziei na dobre wieści.
    - I dał mi te proszki. Nie chce dziecka. Nie wyobraża sobie siebie w roli ojca.
    - Dupek! Nie mówił poważnie. To niemożliwe. Absurdalne!
    - A jednak.
    Julka ściszyła głos, a Zośka nie wiedziała co powiedzieć. Spojrzała na koleżankę. Wiedziała, że nie jej jest radzić. Właściwie nie powinna zabierać głosu. Z drugiej strony, czy ktokolwiek dał nam prawo do decyzji o losie drugiej osoby... zwłaszcza nienarodzonego dziecka? To pytanie przemknęło jej przez myśl na tyle szybko, że natychmiast o nim zapomniała. Wyparła ją samotna radość na emigracji. Porodów, z których cieszy się tylko ona. Matka. I tylko on. Ojciec. Gdzie dziecko jest wyczekiwane tylko przez tę dwójkę. Gdzie słowa babcia i dziadek są wspomnieniem rozpuszczonego ciepła własnego dzieciństwa. Zapachem radości zagubionej pomiędzy kontynentami. Wiedziała jak to jest być samą, bez opiekuńczych rad bliskich, gdzie wszystkie decyzje są podejmowane w zaciszu własnego rozsądku.
    - A doktor, czy on wie?
    - Jeszcze nie. Nie będę mu nic mówić dopóki nie podejmę decyzji.

    Zosia zadzwoniła do Oskara. Poinformowała go, że nie wraca na noc. Na całe szczęście to była sobota i mogła sobie na ten luksus pozwolić. Zresztą nie karmiła już piersią, co znacznie poprawiło jej moblilność. Nie spały. Rozmawiały. Rozważały setki scenariuszy. Tuż przed wschodem słońca zawitała do nich nadzieja na lepsze. Nad ranem wiedziały już, że będzie to płodny rok. Julka nie miała jeszcze żadnego planu. Poza tym jednym, że zatrzyma dziecko. Sama nie wiedziała, co jej nakazywało to zrobić, ale posłuszna była wewnętrznemu głosowi, że inaczej nie może. Pozbawiłaby się człowieczeństwa i zdradziła Boga,  którego nade wszystko kochała. Zresztą On ją też. To dodało jej odwagi. Przypomniała sobie słowa swojej mamy, która twierdziła, że każde dziecko rodzi się z bochenkiem chleba w ręku. Nie wiedziała jednak czy musiało dziecko być owocem miłości, czy też nie miało to większego znaczenia? Jej cioteczny brat jest księdzem. Postanowiła, że od niego się dowie, jak to właściwie jest. Czy rozmawiała? Nie wiadomo, niemniej już nigdy więcej nie wątpiła w słuszność swojej decyzji. Zosia uspokoiła się widząc, że proszki wczesnoporonne nad ranem wylądowały w toalecie.

    Zasiedli do śniadania. Za oknem niebo kołysało łagodnie drzemiący jeszcze ocean możliwości. Słońce przeglądało się leniwie, rozczesując swoje promienie po zielonej równinie, spijając poranną rosę niczym piankę z wybornej kawy.

    - Zostaniesz ze mną. Damy radę. Spokojnie. I nie zgadzam się na przerwanie szkoły. Masz jeszcze nieco ponad semestr, a to niedużo przy twojej łatwości uczenia się. Zresztą znajdziesz kogoś do sprzątania, żebyś miała mniej obowiązków.
    - Dokładnie. Poza tym ja chętnie pomogę - zamrugała z wielką wdzięczonością Zosia do sędziwego doktora, zupełnie nie podejrzewając, że to ich ostatnie wspólne roześmiane śniadanie. Pomyślała, że mądrość zawsze przychodzi do ludzi z wiekiem, wtedy gdy już jej absolutnie nie potrzebują. Gdybym... Gdybym posiadała całe doświadczenie doktora i wiedzę mając moje lata, to życie pewnie wyglądałoby zupełnie inaczej - nie wiem jak, ale na pewno rozsądniej...

    (...)

    - Lecę na pogrzeb. Wiem, że on chciałby, abyś była również.
    - Nie sądzę... - ściszyła głos. - Przykro mi, nie polecę. Nie mam co zrobić z dziećmi.
    To była najrozsądniejsza wymówka i najskuteczniejszy balsam na wyrzuty sumienia. Pogrzeb to była ostatnia rzecz w jakiej Zosia chciałaby teraz brać udział. Zresztą nie była jeszcze na żadnym i nie wyobrażała sobie siebie na nim. To nie rodzina - tłumaczyła sobie po cichu. Co tam po mnie. Przecież życia mu nie przywrócę.
    - Rozumiem.
    - Zapal świeczkę za mnie i jak możesz kup jakieś białe kwiaty. Najlepiej cięte.

    Doktor zmarł w tydzień po tym jak syn umieścił go na Long Island w domu starców. Zabrał go zaraz jak się dowiedział, że Julka spodziewa się dziecka. Pech chciał, że akurat miał seminaria medyczne w Miami i łaskawie odwiedził starego ojca. Bogatemu i chciwemu amerykańcowi nie spodobało się to, że ojciec będzie niańczył dziecko emigrantki, która de facto miała się nim opiekować, a nie w jakieś związki i ciąże wdawać. Spakował go, a Julkę wyrzucił z wielkim hukiem, tak że sąsiedzi jeszcze długo będą wspominać. W ogóle nie było dyskusji. Zabrał ojca jak rzecz i rzucił w kąt, skazując na zapomnienie. Nie słuchał argumentów. Płaczu. Ot cała filozofia synowskiej miłości. Siedem dni. Dokładnie tyle potrzeba było sercu na podpisanie paktu ze śmiercią, która przyszła w czarnej sukience. Piękna i dostojna. Dziadek nie miał żadnych oporów, aby się oddać w jej ręce i zapomnieć o całym świecie. Dzień wcześniej zadzwonił do Julki, by powiedzieć jej, że dostarczyła mu więcej radości w życiu niżeli jego własne wnuki, którch właściwie nie znał.

    Ojciec dziecka Julki, Brazylijczyk uśmiechnięty i beztroski jak większość Latynosów, wykazał niespotykane i chwilowe miłosierdzie. Zabrał Julkę do siebie, obiecując jej wsparcie finansowe i pomoc przy dziecku. Nigdy jednak nie wspomniał o miłości i wierności. Dla Julii jednak na razie nie miało to większego znaczenia. Z dnia na dzień jej świat stanął do góry nogami i akurat to wydało jej się najmniejszym problemem. Wytłumaczyła sobie, ze facet to taki skomplikowany człowiek, że jak nie zobaczy, to nie uwierzy i nie pokocha. Wierzyła zatem naiwnie, że po porodzie wszystko się zmieni. Nie można jej za tę nierozsądną myśl winić, a wręcz przeciwnie. Miłość rządzi się swoimi prawami.

    - Wiesz... Nigdy bym nie pomyślała, że tak daleko może paść jabłko od jabłoni. Niewiarygodne!
    - To znaczy? - żywo zainteresował się Oskar.
    - Mówię o synu doktora. To potwór nie człowiek. Jak można być takim podłym egoistą i skąpcem. Przecież wiedział, doskonale wiedział, że zabierając ojca skazuje go na pewną śmierć. Sam jest lekarzem. Jednak to smutna prawda, że serce pęka z tęsknoty... Co?
    - Takie życie Zosik, takie życie... Powinnaś już wiedzieć. Nad grobem się nie płacze, tylko liczy - zwłaszcza tu.
    - Co liczy?
    - Liczy pieniądze ze spadku. Synowi skapnęło troche grosza no i jest jedynym spadkobiercą. Nie sądzisz chyba, że to go smuci? Uwierz mi, że nie będzie płakał.
    - Tak, dokładnie. Julka mówiła, że majątek dziadka to było około sześć milionów dolarów, a na pogrzebie ani syn, ani jego żona czy wnuki nie uronili jednej łzy. Ponoć to było wstrząsające i każdy zauważył.
    - To sama widzisz. I tak się zakończyła współczesna wersja Kopciuszka. Niech innym będzie za przykład.
    - Nie rozumiem... Przerażasz mnie swoim brakiem współczucia.
    - Komu mam współczuć? Julce? Zmarnowała sobie życie dziewczyna na całej linii. Mogła mieć apartament i samochód. Tak? Przecież miała to przepisane po śmierci dziadka notarialnie, a do niego i tak już śmierć zaglądała. Już dawno stała pod drzwiami jego sypialni, tylko nie mogła znaleźć odpowiedniego momentu.
    - Przestań! - oburzyła się Zośka. - Jak możesz!
    - Mówię kochanie to, co myślę.
    - Wiem i to mnie martwi.
    - Niepotrzebnie. Takie życie Zosik, takie życie - powtórzył łagodniej niż przed chwilą. - Uwierz mi, życzę Julii najlepszego życia pod słońcem. Zasługuje na nie, bo to cudowna kobieta, niemniej z brazyliano to nie będzie życie usłane różami. Oj nie będzie...
    - Róża jest piękna - wtrąciła podirytowana.
    Skąd on to może wiedzieć? A może właśnie będzie cudnie? Może to nie koniec tej smutnej historii. Bajki zawsze kończą się happy endem. Ta jeszcze trwa...
    - Piękna, owszem, ale ma kolce i uwierz mi, że nie raz jeszcze Julka zapłacze, oj nie raz...
    - Nie kracz. Pomyśl lepiej, jak jej pomóc. Musi wiedzieć, że ma w nas przyjaciół. Teraz potrzebny jej spokój, w końcu spodziewa się maleństwa, a to radosna nowina!
    - Owszem. Nie mówię, że nie. Dzieci są wspaniałe.
    - O ile jabłoń wydaje jabłka, a nie... jakieś konwalie majowe!
    - Co takiego?
    - Konwalie majowe! To takie trujące jagody. Obyśmy my takich owoców na własnych piersiach nie wyhodowali. Potrzeba niewiele. Około trzydziestu, by umrzeć, a są łudząco podobne do niedojrzałych jagód. O pomyłkę nietrudno.

    Zosia spojrzała na dzieci bawiące się słodko i niewinnie. Ściszyła głos bojąc się, że chłopcy ją usłyszą, jakby to teraz miało jakieś większe znaczenie.

    Cdn.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!