• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (21)


    Między FL a PL (21)
    Zosia kompletnie straciła na tym zielonym pustkowiu poczucie czasu. Wszystkie dni zaczęły być podobne do siebie. Nic, absolutnie nic od kilku miesięcy się nie działo. Jakby wiatr przestał wiać. Słońce przyczepiło się do nieba, które swoim błękitem rozsiało beztroski raj w sercu. Dzień odbity przez kalkę niczym nie mógł zaskoczyć.

    Julka dobrze znosiła ciążę i cieszyła się nią jakby co najmniej wygrała milion dolarów. Bardziej sceptyczny był ojciec dziecka, do którego nic jeszcze nie docierało, ale brzemienną kobietę przygarnął. Nawet był dumny ze swojego dokonania, bo zyskał miano odpowiedzialnego mężczyzny wśród swoich rozbawionych znajomych. Zosia widziała ją teraz codziennie, z czego była bardzo zadowolona. Okazało się, że jej wybraniec mieszka na tym samym osiedlu, więc kawkę co rano obowiązkowo wypijały razem. Zresztą to, co nigdy nie przeszłoby w Polsce tu było na porządku dziennym. Nikogo nie dziwiła Zosia o ósmej rano w szlafroku przemieszczająca się jak widmo po osiedlu z dziećmi na bosaka biegającymi po trawie. Bez makijażu. Wstydu. Poczucie przymusu wyglądania jak lalka Barbie nawet przy wyrzucaniu śmieci przypominało już tylko niedorzeczny żart. Tu można było być kimkolwiek się chce, a najlepiej sobą.

    Zosia odkryła w sobie pokłady niezmierzonej cierpliwości i wychowywanie chłopców w niczym nie przypominało rodzicielskiego obowiązku. Nie brakowało jej też Oskara, który pracował po dziesięć godzin dziennie. Wszystko sobie poukładała, zorganizowała i najważniejsze - przestała myśleć o Polsce, co pozwoliło jej cieszyć się tym co ma tu i teraz. Jej wszystkie troski, o ile się pojawiały, krążyły wokoło rzeczy i ludzi zamieszkujących w jej sąsiedztwie, a ostatnimi czasy często myślała o Marceli, która zdecydowała się przenieść z Jimem do Alabamy. Jak dla Zosi była to zbyt pochopna decyzja. Jim jest strażakiem, o dwa lata starszym od Marceli. Wysoki, postawny i dobrze zbudowany. Brakuje mu amerykańskiego luzu i chyba dlatego jej zaimponował, że niby taki poważny, mądry, odpowiedzialny. Poznali się przypadkiem. Siedział w lokalnym barze po całym dniu odgruzowywania Boca Raton po zniszczeniach jakich dokonała Wilma. Marcela musiała zrobić na nim ogromne wrażenie. Zresztą nie ma w tym absolutnie nic dziwnego. Wysoka, szczupła, o słowiańskich rysach i uśmiechu niewinnym jak pierwsze przebiśniegi po ostrej zimie. Ale to nie on ją wypatrzył w tym barze. To ona, zupełnie nie rozumiejąc swoich odruchów, podeszła do niego i postawiła mu piwo. Na pożegnanie poprosił ją o telefon. Dała, jak daje się napiwek dla kelnera za dobrą obsługę. Choć tyle. Na taką wdzięczność każdego stać. Po kilku miesiącach Jim oświadczył się jej. Początkowo nikt nie wierzył, że Marcela podejmie takie wyzwanie, zwłaszcza że wiadomo było, iż jej syn jest nieuleczalnie chory. Nie żaden poszczepienny autyzm, ale syndrom sanfilippo. Do Zośki nie docierało, że nie za wiele można zrobić, zaś Marcela wiedziała, że nie udźwignie tego wszystkiego sama. Spakowała się. W ten sposób, jako nieliczna z emigrantek, związała się z amerykańską rodziną i odtąd Alabama stała się jej nowym domem. Nie słodkim, bo choroba szybko postępowała, ale bezpiecznym i pełnym życzliwych jej ludzi.

    - Spotkałem dziś Polkę w parku.
    - Naprawdę?
    - Tak, przyniosłem ci numer. Zadzwoń.
    - Nie będę dzwonić do jakichś nieznajomych kobiet. Co ja jej powiem?
    - Że masz telefon od męża i że dziś nasze dzieci się wspólnie bawiły.
    - Daj - wyrwała mu z ręki kartkę. - Później zadzwonię
    - Paula. Ma na imię Paula i wydaje się być w naszym wieku. Ma też dwóch chłopców.

    Oskar wydawał się być ożywiony i podniecony tym spotkaniem, choć do parku szedł niechętnie. Wyjątkowo gorąco było tego dnia. Zośka została w domu. W zwyczaju mieli już żywienie się weekendami w restauracjach, więc nie musiała gotować. Nic nie musiała i to było najpiękniejsze. Cieszyła się swoją chwilową wolnością. Najpierw bez pośpiechu wzięła prysznic. Taki sobotni rytuał, kiedy to na tę czynność może poświęcić więcej niż dwie minuty. Mając dzieci traci się absolutnie wolność. Nie ma miejsca, gdzie można by pobyć choć sekundę sam na sam. Mało tego - najwięcej problemów rodzi się po wejściu do łazienki. Trzeba wtedy odpowiedzieć na pytanie, gdzie jest resorak kupiony podczas wycieczki do Orlando, która nota bene odbyła się wieki temu, dlaczego T-Rex zjadł szmacianego żółwia, gdy przecież obok stała żyrafa i jak to możliwe, że Reksio, który wcale nie jest psem tylko tak nazwano czerwoną papugę, nie chciał zjeść marchewki. Kto nie ma dzieci, nie zrozumie jak można ogolić jedną nogę i zapomnieć, że ma się drugą. Dziś Zosia miała obie i czuła się wyśmienicie w swoim towarzystwie.

    - Co robiłaś jak nas nie było? Zobacz jaki jestem wspaniały, miałaś dwie godziny tylko dla siebie.
    - Niesamowite, jesteś taki dzielny. Sam na sam z synami. Order podarować?
    Zosia uśmiechnęła się do męża. Pocałowała go w policzek i zalotnie szepnęła mu do ucha:
    - Kochanie, dla ciebie robiłam się na bóstwo. Jak wyglądam?
    - Ślicznie, a gdzieś się wybieramy?
    - Jak to? Zapomniałeś? Dziś jest piknik w polskiej szkole. Muszę być godzinę przed. A, i będę potrzebować trochę twojej pomocy przy chłopcach, nie mogą trzymać się non stop mojej spódnicy. Rozumiesz?
    - Tak, nie gadaj tyle. Chodź. Wychodzimy.


    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!