• Wędrówką życie jest człowieka...

    W Boga nie wierzę


    Witam Cię serdecznie!

    Cały dzień nie daje mi spokoju myśl o sile wyższej. Zaczęło się już od rana, zupełnie niewinnie. Usiadłam z herbatą w ręku i mając jeszcze pięć minut do wyjścia wzięłam po raz kolejny do ręki książkę Daniela Kubacha "Planowanie celów", którą notabene już przeczytałam w celu przeanalizowania własnych błędów - nie silę się na kolejną recenzję tej pozycji, choć może z czasem pojawi się ona na blogu. Niemniej nie o tym. Dziś będzie wpis bardzo osobisty (choć w sumie każdy jest).

    Przeglądałam kartka po kartce i zaznaczałam zielonym markerem to, co ważniejsze mając przy tym nieprzyjemne uczucie, że to nie będzie mieć najmniejszego sensu dopóki nie odzyskam wewnętrznego spokoju i chęci do działania, do zmiany czegokolwiek w swoim postępowaniu.

    Od kilku dni, a może tygodni czy nawet miesięcy borykam się sama ze sobą. Wcześniej myślałam, że dopadła mnie depresja albo jakaś jej pochodna, bo przecież nie można wiecznie łazić z niezadowoloną miną, gdzie powodów ku temu właściwie nie ma, a będąc bezczelną mogę nawet rzec, że dzieje się bardzo dobrze. Swoje złe samopoczucie, które objawia się totalnym lenistwem, tłumaczyłam na wiele sposobów.

    W końcu zamknęłam z wielkim hukiem książkę, położyłam krem przeciwzmarszczkowy na buzię, bo lata dają się bruzdami we znaki, podmalowałam oko i wyszłam z domu wystawiając twarz ku słońcu, póki jeszcze świeci. Od piątku ma znowu lać. I dobrze, bo to najlepsza moja wymówka na wszystko i szczerze mówiąc przez ostatnie dwa tygodnie mi jej brakowało. Trudno doszukiwać się melancholii w życiodajnych promieniach. Celem mojej wyprawy był bank, a potem spotkanie z przeuroczą osobą, którą pokochałam od pierwszego spotkania. Plotkując weszłyśmy na niebezpieczne tematy egzystencjalne, gdzie wyśmiałyśmy szczerze i jednogłośnie wszystkich  materialistycznych dorobkiewiczów, nie widząc żadnego logicznego wytłumaczenia na robienie remontu mieszkania za zwrot podatku. Doszłyśmy do wniosku, że naszym celem nie jest posiadanie. Nie marzy nam się ani samochód, ani domek z ogródkiem, ani nowa torba od Prady.

    I tu nastąpiła bardzo nieprzyjemna cisza. Bo w końcu trzeba mieć jakiś cel, by dalej żyć. Jakiś napęd, paliwo, cokolwiek. A tu nic... zupełnie nic.

    W końcu po kilku minutach padło "słowo", które ocaliło nas i zamieniło się w cel. Podróże! To jest to. Pieniądze są nam potrzebne, aby podróżować. Genialne w swojej prostocie. Od tego momentu było już łatwiej, choć pomysły wcale nie wysypywały się jak z rękawa i nie wiem jak to się stało, że zaczęłyśmy mówić o blogerce z Australii, która piękną polszczyzną opowiada swoje życie w krainie kangurów. Jak to kobiety, najpierw oszacowałyśmy na bazie różnych danych w jakim jest wieku owa Pani. Nie mogę uwierzyć, że ona ma raka, bo raz, że nie widać, a dwa, że jej postawa, słowa, uśmiechy, życzliwość i łagodność na to nie wskazują. I tu pojawiło się słowo, na które ja ostatnio reaguję bardzo histerycznie - Bóg. Znajoma uraczyła mnie jeszcze jedną opowieścią o rodzinie, która straciła czteroletniego synka. Chłopczyk ten nawrócił swoich rodziców, przygotował ich na swoje odejście i jednocześnie umocnił w wierze. Nieprawdopodobne, pomyślałam w duchu i łza zakręciła się w oku. Szybko dla niepoznaki spojrzałam na zegarek i zerwałam się z miejsca jak poparzona, bo przecież czas wracać do domu.

    Jadąc do domu trzymałam pożyczoną książkę "Jezus żyje" i tępo patrzyłam na jej niebieską okładkę. Korciło mnie, aby zajrzeć na pierwszą stronę, ale nie zrobiłam tego. Doszłam do wniosku, że każdej zmianie jaka się w nas dokonuje towarzyszą wewnętrzne konflikty, na które ja w tej chwili absolutnie nie jestem gotowa. Nie chcę cierpieć widząc jak inni osiągają to, czego ja jeszcze nie posiadłam albo stają się kimś, kim ja nie jestem. Jest to całkiem naturalne, że jestem dręczona zawiścią i zazdrością. Byłoby inaczej, gdybym była zadowolona z tego co mam i co osiągnęłam. A tak nie jest. Ja ciągle dążę! Dążę do tego, aby być kimś innym, kimś kto więcej wie, mądrzej pisze, lepiej wygląda, kto jest bardziej popularny, kto odniósł większy sukces życiowy czy też ma większą wiarę. Pragnę być bardziej kochana... Myślę o tych wszystkich moich próbach, o wysiłkach jakie włożyłam w to, by być bardziej doskonałą, które kosztowały mnie tyle walki i bólu, a zakończyły się całkowitym fiaskiem.

    Wszystkie te rozważania sprowadziły się do jednego wniosku. Ja nie mam wiary. Nie wierzę w siebie. W swoje możliwości i w to, że wcale nie muszę się zmieniać. Wystarczy pokochać siebie i zaakceptować taką jaką jestem. Ale czy wtedy nie pozostanę bierna? Co będzie mnie pchało do dalszego samorozwoju i poszukiwania lepszych rozwiązań? Czy taka bezmyślna akceptacja ma w ogóle sens? Zupełnie mi to nie dawało spokoju. Musi być coś oprócz pracowitego zmagania się ze sobą albo biernej akceptacji.



    Zaczęłam wszystko analizować od początku i doszłam do wniosku, że jedyną drogą, którą jeszcze nie szłam jest samozrozumienie. Aby wejść na tę ścieżkę, trzeba zrozumieć, kim się naprawdę jest, trzeba całkowicie uwolnić się od pragnienia zmiany siebie na kogoś innego. Czy to możliwe? Myślę, że tak - jeśli w to uwierzę. Jeśli poproszę o pomoc siłę wyższą, bo sama nie dam rady. Doszłam do wniosku, że niemożliwe jest pokochanie siebie, o ile nie bierze się pod uwagę faktu, iż zostaliśmy stworzeni na wzór Boży. Powoli wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.

    Długa i ciężka droga przede mną, bo ja w Boga nie wierzę. No może przesadzam... Ale jestem zła na niego za to co się wydarzyło w moim życiu w ostatnich latach. Właściwie to jestem wściekła i nie rozumiem. Wiem jednak dziś, że mój bunt absolutnie nic nie dał. Czuję się bardziej zagubiona i samotna. Samotna tak dogłębnie, tak wewnętrznie, gdzie mam poczucie, że nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Dlatego jeszcze raz staję do walki. Niemniej tym razem nie dopuszczę do głosu mojego niespokojnego  "ja", które zawsze musi odgrywać pierwsze skrzypce, musi porównywać, wywierać nacisk, manipulować poprzez swoje chore ambicje prowadząc do konfliktów i samozniszczenia. Otóż poddam się. Pozwolę, aby przekształcające światło samoświadomości pominęło moje schematyczne i szukające siebie " ja".

    Pozostawię całkowitą swobodę naturze i Bogu. Myślę, że to jest ta chwila. Mam czas... Muszę tylko obudzić w sobie łaskę wiary. Pokochać siebie i zaufać sile wyższej...





    Ps. Łącząc blogi zginęły mi komentarze, niemniej jeśli czujesz się na siłach, rozpocznij dyskusję na nowo :)













    16 komentarze:

    1. Na dobry początek - może być ;)
      W dążeniu do (...) nie ma nic złego, o ile nie odbywa się to kosztem samego siebie. Trzeba na to mieć energię, aby nie odbierać jej w innych zakresach swojej egzystencji.
      A bóg?
      Jeżeli dobrze się z nim zakumplować - to dobry pomysł.
      Tyle, że owo "zakumplowanie", nie ma nic wspólnego z pozycją klęczącą :)

      OdpowiedzUsuń
    2. Juan Sánchez Villa-Lobos Ramírez3 kwietnia 2014 20:53

      "Ale jestem zła na niego za to co się wydarzyło w moim życiu w ostatnich latach. Właściwie to jestem wściekła i nie rozumiem."

      Cokolwiek złego wydarzyło się w twoim życiu to oczywiście nie była twoja wina. Ktoś inny musi być za to odpowiedzialny. Czyż nie ? Naiwne, dziecinne samousprawiedliwienie.

      OdpowiedzUsuń
    3. Wiara to dar. Coś o tym wiem. Wyjściem jest powierzenie swojego życia Bogu (Sile Wyższej) jakkolwiek go pojmujesz. Może on się wyrażasz w Bogu jako istoty któregoś z religii (choć wydaje mi się że to ten sam, a każdy sposób chwalenia go jest równie dobry), w drugim człowieku, w grupie wsparcia - bo że jest coś takiego jak Siła większa od nas samych - to oczywiste ;) Przynajmniej dla mnie choć przyjąć że Bóg mnie kocha jest mi cholernie trudno.

      OdpowiedzUsuń
    4. Jest jeden Bog. Wszechmogacy. Stworzyl Niebo i Ziemie, rzeczy widzialne i niewidzialne. Przyslal do ludzi swojego jedynego syna, aby nas o Nim nauczal. Bez Boga postrzegany przez nas swiat niewiele ma sensu. Wiara to tez Jego dar. Czasem bardzo dziwnymi drogami nas prowadzi do siebie. Zdecydowanie zgadzam sie z Piotrem - dobry poczatek :) Pozdrawiam cieplutko, Aneta.

      OdpowiedzUsuń
    5. Jest jeden Bog. Wszechmogacy. Stworzyl Niebo i Ziemie, rzeczy widzialne i niewidzialne. Przyslal do ludzi swojego jedynego syna, aby nas o Nim nauczal. Bez Boga postrzegany przez nas swiat niewiele ma sensu. Wiara to tez Jego dar. Czasem bardzo dziwnymi drogami nas prowadzi do siebie. Chyba najwazniejsze, zeby chciec Go uslyszec, pozwolic sobie uwierzyc. Sciski!

      OdpowiedzUsuń
    6. Witaj!

      Oczywiście...:), że cokolwiek się dzieje w naszym życiu jest sumą naszych wcześniejszych decyzji i działań. Wiedziałam, że ktoś wychwyci ten akapit. Ktoś, kto nauczył się brać odpowiedzialność za własne decyzje i wie, że nie można inaczej. Niemniej nie wielu jest takich ludzi i większość z nas zwala to co się da na innych ludzi, sytuacje, okoliczności czy w końcu Boga.

      Ps. Nie, nie dorosłam, stąd dziecinne usprawiedliwienie. Choć z drugiej strony, cieszę się że zachowałam w sobie tą dziecięcą radość życia i wiarę w ludzi oraz dobro świata :)

      OdpowiedzUsuń
    7. Mateusz, dlaczego jest Ci trudno przyjąć, że Bóg Cię kocha? Tak tylko pytam? Pozdrawiam :)

      OdpowiedzUsuń
    8. W dobrą stronę idziesz Justynko :) Samozrozumienie to podstawa. Kwestie Boga każdy postrzega indywidualnie. Uważam,że nie jest to odrębny byt... Tak naprawdę to my mamy w sobie tę wszechmogącą siłę i dopiero kiedy to do Nas dotrze, możemy przejść do kolejnego kroku czyli samorealizacji.

      OdpowiedzUsuń
    9. Piekny tekst.....i widze ze marzy Ci sie ocean duszy :)

      OdpowiedzUsuń
    10. "Panie Boże, niechaj będzie wola Twoja - a Aneta moja".
      Taką oto modlitwę odmawiają tysiące niby-wiernych. A przecież "wiara w Boga", a "wiara Bogu" to dwie kompletnie odmienne stany duchowe. Cieszę się więc za Ciebie, gdyż widzę, że jesteś na dobrej drodze, by odkryć potęgę Boga – i zaufania mu. A zaufanie nie przyjdzie bez uprzedniego wsłuchania się w głos swój. Nie cudzy, nie społecznych wymagów, a SWÓJ. :-)

      OdpowiedzUsuń
    11. Bo mam dogłębne przekonanie (uwarunkowane wieloma naleciałościami nad którymi pracuję), że Bóg to byto odległy i nie oddziałuje tak bezpośrednio jak niektórzy myślą. Czyli nie mówię też "Bóg mnie kocha" - choć chciałbym tak myśleć ;).
      Poza tym dla mnie im więcej Boga tym więcej cierpienia. Kontakt z Bogiem odbija się bardziej "wpierdolem" niż dobrem - choć może to kwestia interpretacji. Zresztą to długa historia.

      OdpowiedzUsuń
    12. Nie chciałbym, aby moja wypowiedź była potraktowana jako molizatorstwo, ale myślę, że mogę powiedzieć co nie co :) Przede wszystkim Bóg nas kocha i wiem, że to trudno przyjąć skoro człowiek nie ma takiego doświadczenia. To co mnie ostatecznie przekonało i zdumiało o miłości Bożej, to zdanie z książki "Bóg tak wysoko Cię ceni" w którem rozważany fragment Ewangelii "Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem" jest dowodem na to, że jesteśmy kochani! Z tejże książki: "Jezus wyznaje, że On miłuje nas tą samą Miłością, jaką On jest miłowany". Czyli tak jak kocha Go Bóg, tak On kocha każdego z nas. To jest naprawdę wspaniałe :)

      OdpowiedzUsuń
    13. Hehe! Mat, też tak kiedyś myślałem, że Bóg to bardziej upomnienie niż ukojenie. W sumie, nadal tak myślę, tyle że w innym kontekście: kontekście sumienia. No bo tak po prawdzie: czego my od Bpga oczekujemy? Że będzie grał tak jak MY mu zagramy? Taki bóg może byłby wygodny, ale nie byłby żadnym bogiem-stwórcą, a raczej tworem - tworem naszej wyobraźni, new age czy jak tam to byśmy nazwali. Ale możemy też od Niego oczekiwać, że stanie na wysokości zadania jakie sam sobie postawił i …będzie Bogiem. Bogiem nie odległym, który niby stworzył, a potem porzucił swoje stworzenie (cóż za okropna wizja!), ale Boga, który prowadzi nas do dobrych uczynków z serca oraz - co najważniejsze - do życia wiecznego, czyli tzw. Zbawienia. :-)

      OdpowiedzUsuń
    14. …a taki Bóg, cholercia, będzie bardziej nas upominał niż chwalił. On będzie nas upominał poprzez nasze własne sumienie, bo za co miałby nas chwalić? Za grzeszne postępowanie, wynikające z grzesznej, odziedziczonej od zbuntowanych rodziców natury? :-) Dlatego w pełni Cię rozumiem, Mat.

      OdpowiedzUsuń
    15. Rozumiem, że ciężko Ci to wszystko zrozumieć, czasami tak bywa. Myślę, że komentarz w stylu "bóg jest" czy "boga nie ma" nie powinien mieć tu miejsca. Bóg - to osobista sprawa, i to bardzo. Sam w jakimś czasie nie wiedziałem. Dziś mam pewną teorię na ten temat, wymagało to jednak wielu przemyśleń, i na pewno rozmowy z ludźmi nic nie pomogły, bo jedni wierzą, inni są ateistami. Zatem myśl, odpowiedź pojawi się sama.

      OdpowiedzUsuń
    16. Dziękuję :) tak, zapewne odpowiedź się zjawi. Dokładnie! Pozdrawiam.

      OdpowiedzUsuń

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!