• Wędrówką życie jest człowieka...

    8760 oznak miłości




    Witam Cię serdecznie!

    Patrząc dziś na syna pierworodnego doszłam do wniosku, że jestem wspaniałą matką. Jedyną w swoim rodzaju i właściwie to mi dziś należą się brawa. To ja 12 lat temu wydałam na świat o godzinie 14:26 syna.

    Wiem, że daję z siebie wszystko. Codziennie budzę się z uśmiechem, zastanawiając się, jakim to też wyzwaniom i próbom poddadzą mnie moi trzej synowie. A oni… testują, psują, brudzą, wariują i robią dużo zamieszania. Od samego rana jest harmider w domu.

    Czasami stojąc w środku tornado zastanawiam się skąd we mnie takie pokłady cierpliwości. Pomijam oczywiście stany, w których krew mi zaczyna wrzeć, para leci uszami i wybucham – mam prawo i to święte. Na szczęście to jest rzadkie. Dzieci wiedzą, kiedy dość to jest dość. Znają mnie na tyle, że nie przekraczają niebezpiecznej granicy. A granice są. Dla bezpieczeństwa. Potrafią też robić maślane oczy, tulić się i mówić mi, że mnie kochają w tak zaskakujących momentach, że ja rozpływam się i jestem niczym kałuża po wielkiej burzy.
    Ulatniają się złe emocje i znów uśmiecham się i promienieję niczym słońce na bezchmurnym niebie, ciesząc oko tym, co stworzyłam.

    Niepokojące jest to, że ja ich nie ogarniam. Świat młodych mężczyzn jest mi obcy. Nie mam zielonego pojęcia co kryje się w ich główkach. Wiem, że serce mają dobre i wszystko będzie na miejscu jak wyznaczy ono im kierunek. Zdrowy rozsądek to chyba nadejdzie później, bo teraz to etap owczego pędu…

    Nie jestem z tych osób, które chuchają na dzieci. Nie ograniczam ich wolności zakazami i nakazami. Nie latam z talerzykiem robiąc z siebie pajaca, aby coś zjadły, choć kulinarnie im dogadzam. Lubię jak uszy im się trzęsą, a ostatnio z przerażeniem myślę, skąd tu wziąć konia i to z kopytami, bo apetyty przerastają moje najśmielsze wyobrażenia. I ręce już mi wiszą do kostek od ciężaru siatek. Cóż… zaradzę. Nie ma takiej sytuacji, która by przerosła matkę. O złych rzeczach, nieprzespanych nocach, częstych odwiedzinach pogotowia i zmęczeniu zapominam błyskawicznie. Taka wańka-wstańka.

    Nie zapisuję synów na każde zajęcia poza lekcyjne. Nie latam z nimi na karate, piłkę nożną i kursy komputerowe. Pozwalam im być dziećmi. Niech będą jak najdłużej, bo świat dorosłych już nie jest taki bajeczny. Są brudne. Mają poobijane kolana. Na rowerze jeżdżą często, jak ja za dzieciństwa bez kasku i po drzewach łażą. Nie są niebieskie od gencjany. Są czarne i szczęśliwe. Nie mówię, że nie dadzą rady. Nie zniechęcam. Każda próba jest cenną lekcją. Niech sięgają gwiazd. Potrzymam im drabinę. Mam jednak wroga. Zdarza mi się z nim przegrywać. To komputer i wirtualne szaleństwo. W nim chłopaki znajdują ciekawsze rzeczy. Nawiązują znajomości. Grają. Gadają. Ostatnio podsłuchałam rozmowę przez Skype. Kompletnie nie wiem o czym była,  zatem na nic mój spryt i zacięcie szpiegowskie. Przez chwilę było mi przykro. Nawet spanikowałam myśląc, że tracę kontrolę… niemniej po chwili mi przeszło. Mam do nich zaufanie. To mądre dzieciaki. Czuję to. Poza tym każdy wiek ma swoje prawa. Rozumiem. Szanuję. Wybaczam. Pozwolę na błedy. Moja recepta na wychowanie w szczęściu. Pielęgnuję marzenia.

    8 760 razy, licząc dzisiejszy poranek, zapytałam się syna czy umył zęby. Każdego ranka i wieczoru. Jeszcze mi się nie znudziło, choć liczbę tą zwiększyć należy o kolejnych dwóch synów. To jedne z policzalnych oznak miłości. Tych niepoliczalnych nie ogarnę. To najpiękniejsza troska… Gdy przestanę mówić, będzie oznaczać, że mi nie zależy, prawda?

    Nikt mnie nie uczył bycia matką. Nie miałam przy sobie mamy, teściowej ani babci. Gdy dwanaście lat temu zobaczyłam syna wiedziałam, że dla niego będę najlepszą matką. Taka moja honorowa rola. Nie potrzeba na to było szkół. Nie pochłonęłam tysiąca książek, choć kilka na temat wychowania chłopców przeczytałam. Zaufałam sobie i swojej intuicji. Wszystko co robię wypływa z serca. Czy kocham ślepo? Nie! Myślę, że jest we mnie rozsądek. Mam też kochanego męża, który przylatuje z pomocą, gdy gdzieś on ulatuje, bo nie zaprzeczam, że czasami można tą miłością się omamić. Uśmiecham się dużo. Buduję wspomnienia…
    Kocham i szanuję też siebie. Wymagam tego od dzieci. Nie jestem wołem pociągowym ani sprzątaczką czy służącą. Chcę w zdrowiu cieszyć się wnukami. Dbam o siebie. Wierzę, że każdy człowiek jest cudem. I zarówno o ciało, jak i umysł oraz duszę trzeba dbać. O swoją i o innych. Chcę jak najdłużej przyglądać się chłopcom. To wymarzona praca dla mnie. Jestem w tym bardzo dobra!
    Jestem matką. Wszechwiedzącą. Czułą. Kochającą. Dla moich dzieci jedyną i najwspanialszą. Nie ma takiej drugiej na świecie.

    A Ty jaką jesteś matką?
    podpis_3


    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!