• Wędrówką życie jest człowieka...

    Jeden Dzień. Polska jaką pamiętam



    Kolejny projekt w ramach klubu "POLKI NA OBCZYŹNIE" 

    Jak to się stało, że się tu znalazłam, czyli historia mojej emigracji.

    Dziś trochę inaczej niż zwykle. Całkiem niedawno napisałam krótkie opowiadanie  "Jeden dzień. Polska jaką pamiętam", w którym wspominam swój ostatni dzień pobytu w Warszawie pomiędzy moimi emigracjami. Chciałam, aby to było ogniwo łączące moje życie tu w Norwegii i to tam w USA, które myślę, że znacie z opowiadania "Między FL a PL". Decyzja o ponownej emigracji nie była łatwa, ale najlepsza z możliwych. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej. Zapraszam!


    - Jak możesz w takiej chwili pytać się czy cię kocham? - wykrzyczała mu prosto w twarz, stojąc zupełnie naga pośrodku polany, obdarta ze złudzeń na lepsze jutro.

    Kabaty o tej porze roku były najzieleńsze. Listki brzóz i kasztanowców kołysane lekkim wiatrem akompaniowały rozśpiewanym ptakom, które nic sobie nie robiły z tego, że za kilka miesięcy będą musiały odlecieć. Czy zatęsknią tak jak ja? Tego nie wie nikt, niemniej najbardziej gruboskórne ptaszysko nie może przelecieć obojętnie obok tego magicznego parku na skraju mojej małej ojczyzny. Nie ma wyjścia, musi się bez pamięci zakochać w konarach dostojnie łagodnych, sędziwych drzew, spoglądających smutnie na pogrążone w pośpiechu miasto.

    - Nic, absolutnie nic się nie zmieni jak zostanę. Prawda? - zapytała smutno i nie czekając na odpowiedź położyła się na trawie, kierując dojrzałą twarz ku budzącemu się słońcu. Rozłożyła ramiona jakby kokietowała niebo, wzbudzając jego pożądanie. Nie była pierwszej młodości. Nikt jednak tego nie zauważał, bo swoje mankamenty chowała pod płaszczykiem optymizmu. Uśmiechała się zawsze i wszędzie, choć niejednokrotnie przez łzy.

    - Proszę, nie rób tego. Nie czaruj. To nie czas na pieszczoty. Daj spokój. Nie bądź śmieszny – szepnęła tak, że nie sposób było ją usłyszeć.

    Zosia zamknęła oczy. Zaczęła wąchać trawę, przykładać do niej policzek, jednocześnie pozwalając promieniom przeszywać ją na wylot ciepłem złocistych wspomnień. Zapomniała się na chwilę i przeniosła do Warszawy jej dzieciństwa.

    ***
    Było jej dobrze. Poczuła się bezpieczna. Zupełnie tak jak dwadzieścia lat temu, kiedy przychodziła tu z ojcem w sobotnie popołudnia. Mama nie znosiła, gdy po domu kręciły się dzieci. Sobota to był dzień porządków. Dzień święty. Jedyny, kiedy po całym tygodniu pracy w mleczarni „Wola” miała czas doprowadzić mieszkanie do jako takiego ładu. Czystość była jej obsesją. Dla reszty domowników zawsze było przytulnie, miło i pachnąco. Ona miała inne zdanie. Kazała ojcu zabierać dzieci i nie wracać przed czwartą. To była obiadowa godzina. Cała trójka wpadała z wielkim hukiem głodna jak wilki i zasiadała do stołu. Mama, zadowolona z siebie, że w końcu ma jak w pudełeczku, nalewała gorący rosół, który w dni wolne od pracy królował na wszystkich stołach. Choć mieli jak inni, to jednak spośród jednakowej socjalistycznej szarości wyróżniał ich zapach lodów śmietankowych, które mama zawsze robiła na deser. Wiedziała jak, bo znała tajemną recepturę, którą podkradła z pracy i skrzętnie chowała w szufladzie białego regału.

    Tata polubił to miejsce, bo mógł w ciszy pokontemplować. Lubił rozmyślać. Rozkładali koc, przygotowany przez mamę koszyk z kanapkami i sokiem malinowym. Delektowali się pięknem otaczającej przyrody. Ojciec był wielkim autorytetem Zosi. Nauczył ją kochać świat takim jakim jest i odnajdować w nim ukrytą magię życia. Uwielbiał żartować. Często opowiadał im różne historie, ale ponad wszystko zakochany był we fraszkach i zawsze miał odpowiednią na ustach. Brat, absolutnie nie zainteresowany słuchaniem i siedzeniem na kocu, w tym czasie biegał z siatką próbując łapać motyle. Uśmiechał się i przyglądał synowi. W owym czasie był niski i pulchniutki. Wciąż się o coś potykał i przewracał. Trwało do do chwili operacji. Potem wzrok się wyostrzył, a ojciec zabronił ganiania za motylami. Zresztą wtedy już go to nie bawiło. Odkrył w sobie talent do cyferek i wolał liczyć niż biegać. Do tej pory kalkuluje i nieźle na tym wychodzi. Dziś ma 36 lat, żonę i dziecko, a po dawnej fajtłapie pozostało tylko zakurzone wspomnienie. Dla niej jednak wciąż jest tym samym pokracznym braciszkiem, na którego trzeba uważać.

    ***

    - Nie! Absolutnie nie! - nagle wyrwana ze wspomnień krzyknęła na wpół głośno. - Myślisz, że mnie znów jak jakąś małolatę oczarujesz? To takie żałosne, że wykorzystujesz przeszłość do swoich gierek! Nie stać cię na więcej?
    Wstała, otrzepała się i szybkim, aczkolwiek miarowym krokiem zaczęła kierować się w stronę domu. Pewnie czekają już na mnie ze śniadaniem – pomyślała. Była poirytowana. Jego zachowanie nie dawało jej spokoju. Zatrzymała się. Spojrzała na otaczający las. Powoli. Powoli... Przecież nigdzie się nie śpieszę! – skarciła samą siebie. Dochodziła dopiero dziesiąta. Muszę nacieszyć się tym widokiem. Kto wie, może jestem tu ostatni raz? Posmutniała. Jej policzek zrobił się wilgotny jak trawa otulona rosą.

    - Powiedz, który to już raz cię zdradzam? Proszę przypomnij mi. To już trzeci raz. Wiesz? Trzeci raz na przestrzeni piętnastu lat. I tym razem nie mam wyrzutów sumienia. Rozumiesz? Zostawiam cię i już nie wrócę! Nie wrócę! – krzyknęła jak opętana, chowając twarz w dłoniach, z poczuciem, że w ten sposób nikt jej nie zobaczy, nie podejdzie, nie pocieszy i nie zapyta co się stało. Po chwili jednak, przypomniawszy sobie ostatnie trzy lata nieporozumień między nimi, rozczarowań i niedorzecznych sytuacji, zapytała z przekonaniem w głosie.

    - Zresztą chyba się nie dziwisz, powiedz sam?
 Kraju mój? Ja wiem – dodała szeptem –  wiem, że to moja wina. Moja nieustająca miłość do ciebie, Warszawy i naszych tajemnic. Naiwnie złudna nadzieja, że się zmieniłeś. Na co mi było słuchać tych wszystkich ekspertów i polityków, że czekasz na mnie z otwartymi ramionami, że przyjmiesz, ugościsz, dasz pracę, dach nad głową, uśmiech na ulicy i możliwości o jakich mi się nie śniło? Po co ja w ogóle zostawiałam Raj?
    Mówiąc tak sama do siebie uśmiechnęła się, widząc pod nogami błyszczący kasztan. Schyliła się, aby go podnieść. Leżał pośrodku zielonego dywanu utkanego koniczynami. Zerwała pierwszą lepszą, chowając brązowy symbol jesieni w kieszeń. Jeden, dwa, trzy, cztery! Czterolistna koniczyna we wrześniu. Ja to jednak mam szczęście!

    Wracała do domu pieszo. Rozglądała się, usiłując zapamiętać każdy szczegół. Gdyby nie nowiusieńkie chodniki i pustki na trzepakach, miałaby wrażenie, że czas stanął w miejscu. Gdyby tylko ludzie byli inni. Tacy na miarę nowego wieku. Uśmiechnięci.
 Pełni zrozumienia i wzajemnej wrażliwości.

    ***

    - Tak patrzę, rozmawiam i myślę. Nie mogę zrozumieć jednej rzeczy.
 Chętnie bym panią widział na tym stanowisku – powiedział młody, przystojny mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze.

    - Cieszę się, bo muszę przyznać, że poszukiwanie pracy nie należy do moich ulubionych zajęć. Energia mnie rozpiera i chcę się czuć potrzebna. Jestem pewna, że będę doskonałym uzupełnieniem zespołu. Czego pan nie rozumie? Chętnie zaspokoję ciekawość.

    - Proszę mi powiedzieć, co pani miała w głowie decydując się na powrót do Polski z USA? Bo to oznacza, że jest pani nieudacznikiem i nie udało się podbić Ameryki albo –  i to bardziej prawdopodobne – ma pani tyle zer na koncie, że bezczelnym jest zabierać miejsce pracy innym.

    To była jedna z wielu nieprzyjemnych rozmów zaraz po przeprowadzce z Deerfield Beach do Warszawy.

     - Pamiętasz? Szczerze mówiąc mogłeś mi kilka z takich zaoszczędzić. Wiesz? Problem w tym, że ja zawsze zapominam. W głowie mam tylko dobre chwile. To jakiś obłęd. Nawet teraz. Zła jestem na ciebie, zła i rozżalona, że nie zostawiłeś mi wyboru. Najbardziej doprowadza mnie do szału fakt, że wciąż mówisz, że mnie kochasz i pragniesz bym została. Wybacz, ale nie widzę takiej możliwości. Trzy lata mnie poniewierałeś, karmiąc ułamkami szczęścia, mamiąc i mącąc mi w głowie, że z tego wszystkiego zapominałam jak bardzo nieszczęśliwe w tym układzie są dzieci. Prowadząc ten monolog nie spostrzegła jak weszła do domu.

    Dobrze jej zrobił ten spacer jak i rozmowa. Na wszystko mogła jeszcze raz popatrzeć zanim znów opuści ten dom, miasto i tę ojczyznę.
    Mama krzątała się po kuchni, robiąc śniadanie. Chciała, aby wnuki zapamiętały dobrze smak polskich wędlin, domowego pasztetu i sałatki jarzynowej.

    - Jeszcze nie jedliście?

    - Nie, oczywiście, że nie. Wypiliśmy kawę, dzieci kakao i czekaliśmy na ciebie córeczko. Gdzie tak długo byłaś?

    - W lesie.

    - Dobrze się czujesz? – wtrącił mąż. - Mieliśmy się pakować.

    - Zdążymy kochanie, nie panikuj. Mamy cały dzień.

    - Nie chcę się wtrącać – mruknął ojciec – ale obiecaliście dzieciom jeszcze przed wyjazdem lody na Starówce.

    - Tak tato. Pamiętam – uśmiechnęła się Zośka. - Co wy wszyscy tacy poddenerwowani, mówiłam, że mamy czas.

    Mama przysłuchiwała się tej rozmowie krojąc chleb. Generalnie niewiele ostatnio mówiła. Zosia wiedziała, że jej będzie najtrudniej przyzwyczaić się do ciszy i spokoju jaki teraz zapanuje i choć wiele razy rozmawiały na ten temat, to wiedziała, że jest to dla niej cios. Kiedyś, choć to nieładnie, podsłuchała rozmowę mamy z jej najlepszą przyjaciółką.

    - Nie możesz być taka zaborcza. Przecież ty im nie pomożesz.

    - Oczywiście, że nie, ale gdy patrzę na innych młodych, którzy sobie dają radę to mnie krew zalewa. Gdyby tylko Oskar się jakoś lepiej ogarnął, wziął drugi etat...

    - Co ty mówisz? Nie wystarczy, że Zośka pracuje po piętnaście godzin dziennie? Dzieci matki nie widzą, a i ojca mają nie znać?

    - To nie rozwiązanie, ale ludzie jakoś żyją.

    - Jakoś, właśnie jakoś. Nijako. Nie widzisz jak się męczą młode małżeństwa? Choćby mój Szymon. Nie stać ich na kupno mieszkania, a drugie dziecko w drodze.

    - Oni nie są młodzi. Zośka już niedługo będzie miała czterdziestkę na karku, to nie wiek, aby znów od zera zaczynać. Powinni już mieć stabilizację, a nie włóczyć się po świecie.

    - Mieli w Stanach. Niepotrzebnie wracali. Widzą swój błąd.

    - A tam… Gadanie. Czego oni takiego wielkiego się dorobili?

    - Żyli spokojnie. Bez stresu, problemów finansowych, obciążeń. Oskar sobie świetnie radził, a Zośka niewiele pracowała. Nie widzisz jakie oni dali szczęśliwe dzieciństwo chłopcom? – irytowała się Małgorzata, która przez wiele lat zazdrościła koleżance, że jej dzieci zdobyły się na odwagę i wyjechały z kraju. Zawsze dopytywała się, co u nich i ze smutkiem patrzyła na własnego syna, który pod koniec każdego miesiąca przychodził do nich po pieniądze, aby wyżywić rodzinę.

    - Bez dziadków. Z dala od Polski. Zośka była samotna.

    - Bój się Boga! Przecież oni są rodziną. Musisz się z tym pogodzić. Wiem, że kochasz chłopców ponad życie albo i jeszcze więcej, ale miłością ich nie wyżywisz, a poza tym to rodzice decydują. Poza tym skąd Basiu wiesz, że się czuła tam źle? Nigdy mi nie wspominałaś, że narzekała.

    - Nie wiem, ale Zosia jest taka wrażliwa, delikatna, gdzie ona się znowu pcha, na co jej ten wielki świat?

    - Ona już nie jest małą dziewczynką. To matka. Kobieta odpowiedzialna i niezależna. Naszym obowiązkiem jest wspierać dzieci, a nie ograniczać. Nie dopuść do tego, aby wyjeżdżała znów z wyrzutami sumienia.

    - Ja jej nic nie mówię… Nic co mogłoby rzucić cień wątpliwości na słuszność decyzji o wyjeździe, tylko jest mi tak strasznie smutno. Z wiekiem coraz bardziej nie radzę sobie z samotnością i upływem lat. Będę tęsknić za wnukami w domu. Rodząc dzieci wyobrażałam sobie, że będziemy z nimi zawsze. Dzieci są jeszcze takie małe. Potrzebują babci i dziadka. Zresztą nigdy nie odmawiałam opieki nad nimi, w każdej sytuacji mogą na mnie liczyć, więc jaki sens pozbawiania siebie darmowej niani? Z czasem przecież kupią sobie mieszkanie. Może Zosia wróciłaby na studia. Nie rozumiem... Zupełnie nie rozumiem. Czy życie emigranta jest takie cudowne? To uczucie, że nie jest się u siebie i każdy patrzy wilkiem słysząc obcy akcent. Chłopcy mają obywatelstwo amerykańskie i prędzej czy później wrócą do Stanów. Oni sobie życie ułożą, więc po co im mącić w głowie? Gdzie ich miejsce? W którym kraju? Tak dużo pytań, a żadnych pocieszających odpowiedzi. Taka skołowana jestem. Serce mi dziś pęknie...

    ***

    - Mamo! – krzyknęła zniecierpliwiona Zosia.

    - Tak? Przepraszam, zamyśliłam się.

    - Pytałam, czy pojedziesz z nami na Starówkę.

    - Zostanę w domu. Poprasuję i poukładam rzeczy w walizkach, bo w ogóle nie jesteś zorganizowana.

    - Nie ma sensu, mówiłam przed chwilą, że zapakujemy wszystko luzem. Tak jak mówi tata. Powrzucamy wszystko  do worków. Chodź z nami. Spokojnie, mamy na wszystko czas. No i noc długa przed nami. To ja powinnam się denerwować, a nie ty –  uśmiechnęła się do mamy figlarnie niczym nastolatka.

    - Przecież Oskar musi być wypoczęty, taka długa droga...

    - Tak! I będziemy płynąć promem, wiesz babcia? To taki duży statek, że i auto nasze zmieści – podniecony wnuk wdrapał się jej na kolana i dał ogromnego buziaka.

    - Oskar może spać, on najmniej jest nam potrzebny do pakowania. Już to przechodziłam, potem połowy rzeczy nie mam, bo dla niego wszystko jest niepotrzebne. Prawda, mężu?

    - Są rzeczy, które są niepotrzebne, a ty masz skłonność do chomikowania i zagracania domu.

    - Wcale nie. Wszystko jest potrzebne.

    - Tak? Podejrzałem cię wczoraj i zauważyłem, że spakowałaś pozytywkę. A jak ta kula się rozbije? Zresztą po co ci to? Tylko zajmuje miejsce.

    - To pamiątka. Dostałam ją od Marceli, gdy przeprowadzała się do Jima. Jest mi bliska. Ilekroć na nią spoglądam widzę ją uśmiechniętą, z Dominikiem. To akurat zabieramy bez dwóch zdań.

    Oskar zamilkł, bo zdał sobie sprawę, że tego Zosia rzeczywiście nie zostawi. Przez chwilę nawet poczuł się winny. Zupełnie zapomniał, że ta pozytywka była prezentem od czeskiej przyjaciółki żony. On sam bardzo lubił Marcelę i współczuł jej z całego serca. Będąc ojcem nie wyobrażał sobie śmierci własnego dziecka i pamiętał, jak bardzo poruszyła go rozmowa dziewczyn na dwa dni przed śmiercią Dominika.

    ***

    Wszyscy zaczęli się ubierać. Zosia w ostatniej chwili złapała aparat. Już poranek wskazywał, że to będzie piękny dzień i dokładnie tak było. Starówka wczesną jesienią mieni się w złocistej czerwieni. Delektuje się licznymi przechodniami i kusi zapachami restauracji. Gwar przekwita w bocznych alejkach odwiedzanych sporadycznie przez zagubienie. Zosia lubi je najbardziej.

    - Filip! Filip! – zawołała głośno. Za zakrętem zniknęła sylwetka jej przyjaciela. Ugryzła się w język. Cholera, pomyślała. Co ja mu powiem, przecież on nie wie, że wyjeżdżamy. Zosia nikomu nic nie mówiła. Chciała uniknąć rozczarowanych spojrzeń i pytań, o których wiadomo, że odpowiedzi nie spotkają się ze zrozumieniem. Ci co nigdy nigdzie nie wyjechali i mieszkają w Polsce nie potrafią zrozumieć rozterek emigranta.

    - Co za miłe spotkanie – Filip ucałował Zośkę i kolejno chłopaków, uśmiechając się z radością. Oskarowi i teściowi przybił piątkę na przywitanie, a Basię pocałował w rękę. Zawsze to robił.

    - Miałeś szczęście, bo moja córka jutro wyjeżdża.

    - Tak? A gdzie Zosię znów nosi? – zapytał dość zaczepnie, patrząc na Oskara i szukając zaprzeczenia, że to jakiś żart.

    - Przenosimy się do Norwegii – uprzedził żonę obejmując ją czule. Wiedział, że to ją uspokoi.

    - Norwegia? Chyba żartujecie! To żart, tak? Pani Basiu, wkręcacie mnie? Nieładnie... – wykrzywił się, jakby co najmniej rozgryzł ziarnko pieprzu.

    ***

    Nie mogę zupełnie pojąć, co oni mają w głowie – pomyślał Filip. Przecież dopiero co wrócili. Zośka na pewno jest pod wpływem Oskara. To on nie może się tu odnaleźć. Myśli tylko o sobie. W dodatku jest materialistą. Gdy dostał pierwszą wypłatę w złotówkach, najpierw się śmiał, a potem podzielił ją na cztery części i pochował do kopert, mówiąc żonie, że to tygodniówki. Niech sobie radzi, bo on nie wie, co ma z tym zrobić. Nie wierzę, że Zośka chce wyjechać, nie ona. Tak tęskniła za Polską. Tradycje, które były bliskie jej sercu próbowała podtrzymać na Florydzie, ale często się nie udawało. Chociażby rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Pamiętam jak płakała, gdy my szliśmy na Starówkę śpiewać powstańcze pieśni. Mówiła w żartach, że jak już wróci zamieszka z dziećmi w muzeum, aby jak najszybciej nadrobiły braki... A teraz?

    ***

    - To od kiedy planujecie ucieczkę?

    - Daj spokój, Filipku. Wyjaśnię wszystko jak dasz się namówić na lody w naszym towarzystwie.

    - Chętnie, bardzo chętnie posłucham. Lody też zjem.

    - I super! – klasnęła w dłonie Zosia i wszyscy spokojnym, miarowym krokiem udali się na najlepsze lody w mieście.
    Oczywiście ulubiona lodziarnia już dawno nie jest tą, którą wszyscy pamiętają, niemniej zachowano podobny smak. Zresztą nic już nie jest takie samo. Pomyślała rozżalona Zosia, której serce pękało na widok braku polskości w Polsce. Nigdy wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy, bo i nie patrzyła na kraj w ten sposób. Teraz stał się kochankiem na miarę uwodzicielskiego Alaina Delona, tyle że ona nie była już słodką Brigitte Bardot. Kusił podstępnie, nie dając nic w zamian, a co więcej wyprzedawał to, co cenne. Jakąkolwiek próbę zaistnienia deptał, nie cierpiał dzieci i starców. Zresztą po co komu oni. Lepsza ujemna demografia, bo wciąż problemem są ludzie. Ciągle za dużo. I za długo żyją. Toteż zaczął wypędzać tych, co w sile wieku. Tak po cichu. Podstępnie. A oni się nie buntują, bo mają wrażenie, że emigracja jest ich własną, suwerenną decyzją.

    - Zosia! Obudź się dziewczyno! To jakie chcesz smaki?

    - Ja?

    - Tak, ty.

    - Wanilia i czekolada. Filip, ale ty się za bardzo nie martw, Norwegia to nie Stany. Spokojnie, będziemy się kilka razy w roku widzieć. W sumie jakby tak przeanalizować, to nic się nie zmieni.

    - Teraz jest inaczej. Jesteś tu i mam tego świadomość.

    - Ostatni raz widzieliśmy się cztery miesiące temu, przed wakacjami – wtrącił już lekko zdenerwowany Oskar.

    - Niemożliwe! – odparł Filip.

    A jednak... – mruknął pod nosem.

    ***

    Oskar wierzył, że gdyby nie wyjechał za nastolatka z Polski, dziś spokojnie utrzymałby rodzinę. Zresztą od lat pałał niechęcią do kraju, który go wychował. Kochał Amerykę. Wolność, którą w odróżnieniu od innych rozumiał. Nie był niewolnikiem miedziaków. Nie skamlał o pracę. Miał swoje poczucie godności i szanował swój fach, nie żądał niczego szczególnego, tylko odwzajemnienia tego szacunku. Wyjazd do Norwegii napawał go lekkim strachem, ale i rodziła się nadzieja. Kraina Trolli i Fiordów to wyzwanie, ale z drugiej strony wiedział, że robi dobrze. Byle dalej od Warszawy, teściów, rodziców, znajomych, ojczyzny... Najważniejsza jest rodzina. Żona, która lada chwila popadnie w depresję. Bieda, która pogrąży ich serca i odbierze radość życia, a ta raz utracona nie wróci tak szybko.

    ***

    - Proszę, nie płacz. Nie rób mi tego, bo i ja będę... – nie kończąc zdania Zośka rzuciła się mamie na szyję i wtulona rozpłakała się na dobre. Usiłowała nie dopuścić do tej sceny. Niemniej emocji nie da się na zawołanie poskromić.

    - Beczycie jakby to był koniec świata – zamruczał ojciec. - Dzieciaki, chodźcie ucałować starego dziadka i wskakujcie do samochodu – odwrócił się do Oskara, mocno ściskając dłoń zięcia. - Dbaj o nich.

    - Oczywiście tato. Zawsze.

    - Wiem, wiem. Dobry z ciebie facet. Jestem spokojny.

    I rzeczywiście był. Spoglądał na znikający w oddali samochód, obejmując szlochającą żonę. Znał własną córkę na tyle, że wiedział, iż nie ma mowy o pochopnej decyzji. Już jedną podjęła. Uparła się, by wracać do Polski. I dobrze. Bardzo dobrze, że dostała tu w kość. Teraz przynajmniej wyjeżdżała świadoma swoich czynów. Wiedział, że tym razem nie będzie chorobliwie tęsknić. Teraz zaczynał się kolejny etap w życiu jego córki. Emigrantki z wyboru. Wyzwolonej. Bez obciążającej przeszłości. Odważnie spoglądającej w jutro. Nic, zupełnie nic nie mogło jej powstrzymać. Carpe diem nabrało dla niej nowego znaczenia. Był dumny. Tak zwyczajnie.

    - Oskar – złapała męża za rękę wchodząc na prom. - Czy my dobrze robimy?

    - Oczywiście – uśmiechnął się. - Chłopcy, chodźcie na taras. Zobaczcie jak odpływamy.

    - To po drugiej stronie tej wody będzie Norwegia?

    - Tak, synku.

    Zosia patrzyła na znikający ląd. Przełykała spływające łzy.
    To już trzeci raz zdradzam cię. A może tym razem to nie ja? Głupia. Znowu mam wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie. Nie biegłeś za mną. Nie zrobiłeś nic, by mnie zatrzymać. Nie dałeś ani jednego argumentu na tak, za to tysiące na nie. Nie nakarmiłeś mojej wygłodniałej duszy. Mam wrażenie, że to ty mnie już nie kochasz, prawda? Tylko wiesz co? Albo już nic... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Żegnaj. Uśmiechnęła się szczerze. Spojrzała na męża i dzieci. Wzięła głęboki oddech i poczuła trzepotanie motyli w brzuchu. Tak! To było to uczucie, za którym tak tęskniła. Podniecenie! Ogromna chęć na to, co jeszcze nieznane.



    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!