• Wędrówką życie jest człowieka...

    Jacek Wąsowicz i Matka Polka na Nowy Rok


                        Targi książki w Warszawie

    Poniżej znajdziecie rozmowę z Jackiem Wąsowiczem, autorem zbioru felietonów „Sto kijów w mrowisko”. Jeśli nie czytaliście książki, to polecam, bo wzbudza ona skrajne emocje. Z jednej strony możemy się pośmiać, a z drugiej porządnie zdenerwować, bowiem Jacek wytyka nasze narodowe wady w dość bezczelny sposób. Jeśli jesteśmy gruboskórni, oczywiście możemy przejść obojętnie obok lektury i dalej żyć własnym życiem.

                      Happening z umywaniem nóg 

    Justyna: Mój ulubiony pisarzu współczesnych czasów (śmiech). Rozkoszny rozmówco i krzykliwy nauczycielu - nadszedł ten czas, że trzeba poważnie porozmawiać. Mówię „krzykliwy”, bo musicie wiedzieć, że Jacek irytuje się dość szybko i nie da się go przestawić na inny tok myślenia. Prawda? Ty masz swój własny rozum i tylko jego się słuchasz.

    Jacek Wąsowicz: Dzień dobry, Justyno. Mówisz o moim własnym toku rozumowania, jakby to było coś wyjątkowego… (śmiech). Owszem, mam go, czuję go i trzymam się go, choć dopuszczam inny tok rozumowania, czego najlepszym dowodem jest chyba moja chęć z Tobą rozmawiania, a wręcz radość na tę rozmowę.

    Justyna: Cieszę się i tu zaznaczam - ogromnie się cieszę, że zechciałeś odpowiedzieć mi na tych kilka pytań, bo w sumie nie musiałeś. Możliwe, że się niedługo zobaczymy. Będziemy mieli wtedy okazję porozmawiać o życiu patrząc sobie w oczy, wtedy zrozumiesz, że mój mąż jest jak jeden z bohaterów twojej książki, a ja jestem zagubioną duszą z zaświatów.

    Jacek: Sądzę, że to czy jesteś zagubioną Matką Polką, czy masz tylko halucynacje, wyjdzie na jaw już za chwilę.

    Justyna: Nie chcę być tą Matką Polką z felietonu o 8 marca czy Dnia Matki i myślę trochę bezczelnie, że nią nie jestem… Czytałam Twoje „100 kijów w mrowisko” kilka razy, bo to takie prawdziwe jest.

    Jacek: O! To dla mnie najlepszy komplement, a dla książki nie mogłoby być mocniejszej recenzji. Dziękuję.

    Justyna: Moja recenzja byłaby nudna, bo nie napiszę nic więcej aniżeli moi poprzednicy, a wszyscy jak jeden mąż na tę prawdziwość zwracają uwagę. Ja szukałam w tej książce ciebie i doszłam do wniosku, że ona nigdy by nie powstała, gdyby nie twoja metamorfoza. Jacek z przeszłości musiał być zwykłym przeciętnym gościem, z polskimi zmartwieniami - Jacek pisarz, dowcipniś, który zjadł wszystkie rozumy na drodze do nawrócenia jest o wiele bardziej ciekawy.

    Jacek: Zjadł wszystkie rozumy? Bardziej ciekawy? Hmm… Jeśli tak uważasz, to ja dziękuję Ci za tę analizę. [śmiech] Ja tylko, jeśli pozwolisz, przetłumaczę sobie wyraz 'ciekawy' na swój język, na ten "mój tok rozumowania". Ty chyba mówisz o czymś wyrazistym, dosolonym, a więc kontrowersyjnym – czy tak mam rozumieć "bardziej ciekawy"?

    Justyna: Hmm, zastanawiam się, co ci odpowiedzieć i zostanę przy słowie ciekawy (śmiech). Kontrowersyjny, owszem, musisz być - bo twoja książka wkurza. Jest w niej sporo stereotypów, a z drugiej strony pada też wiele trafnych spostrzeżeń, ale to może zauważyć tylko i wyłącznie czytelnik, który liznął emigracji, inni raczej nie zrozumieją niektórych aluzji. Niemniej tu będziemy mówić o tobie, a nie o książce, więc podtrzymuję – jesteś ciekawym człowiekiem.

    Jacek: I zaraz sprawdzisz czy również ciekawym rozmówcą…

    Justyna: A więc zaczynajmy: Jacku, po przeczytaniu książki pierwsze pytanie, jakie mi się nasuwa na myśl dotyczy ludzi. Nas. Tych obok ciebie. Jacy oni są, bo przecież nie powiesz mi, że otacza cię banda kretynów?

    Jacek: Chyba rozumiem aluzję… [śmiech] Na tę małą prowokację odpowiem tak: jako kilkulatka, zapytano mnie co chciałbym dostać w prezencie na urodziny. Ku konsternacji rodzinki, miałem odpowiedzieć, że bardzo chciałbym młodszego brata. Tu nadmienię, że mam trójkę rodzeństwa, od 16 do 21 lat starszego, a więc - naturalną koleją rzeczy - traktującego mnie w tamtym czasie jak smarkacza. Gdy spytano mnie o powód tego nietypowego życzenia, ja ponoć wypaliłem: "Bo wreszcie miałbym kogoś głupszego od siebie!".

    Justyna: (śmiech) No tak, dlaczego mnie to nie dziwi? Ale mów dalej, nie przeszkadzam.

    Jacek: Ale Justyna, przecież to takie ludzkie wywyższać siebie, a w bliźnim raczej szukać dziury, niż go docenić i pochwalić, prawda? Poza tym, przyznaję: podlizywanie się czy wychwalanie innych nie przychodzi mi łatwo. Dlatego już w tytule swojej książki uczciwie zapowiadam, że będę wbijał kije w mrowisko. Pomyśl sama – gdybym miał szukać zachowań i postaw, które stawiam sobie za wzór, wtedy nie napisałbym “100 kijów w mrowisko”, a coś odwrotnego, np. “100 liźnięć w tyłek”.

    Justyna: I tu się zgodzę, w sumie nie pozostaje mi nic innego. W takim razie powiedz mi jak traktujesz emigrację. Czy Wyspy są tylko na chwilę? Czy tam jest twój dom?

    Jacek: Zdecydowanie tak. Może chciałoby się, by był on gdzieś indziej, jednak żyjąc realnie 'tu i teraz' stwierdzić muszę, że dom mam na Wyspach. A w słuszności tej decyzji podtrzymuje mnie cała armia rodaków-tułaczy, okrutnie męczących się życiem 'w rozkroku'. Miotają się między Polską, a Wyspami, nie umieją podjąć ostatecznej decyzji gdzie żyć i co ze sobą zrobić. I tak latami. Co najgorsze, sami są zazwyczaj przeświadczeni, że nie mają innego wyjścia i do takiego życia są zmuszeni. Ja wybrałem Wyspy z premedytacją jeszcze przed wyjazdem i to mi się zdecydowanie opłaciło; w każdym sensie, szczególnie psychicznym. Stanie w rozkroku między Polską, a emigracją musi boleć, prowadzi też do całej gamy śmiesznych, a nawet absurdalnych zdarzeń, choć w gruncie rzeczy są one żałosne i godne współczucia. A ja pisząc właśnie o takich rodakach i ich problemach nie chcę tylko użalać się nad ich biednym losem, bo to byłoby nieszczere i niekompletne. Dlatego nie pomijam absurdów ich życia. Wiem oczywiście, że wtedy najłatwiej zauważyć moją krytykę czy kpinę, pomyśleć, że Wąsowicz pisze o 'kretynach'. Ja jednak liczę na Czytelnika, który zza ściany humoru dostrzeże szerszy aspekt sprawy. Liczę też na Odbiorcę z autodystansem, bo przecież wiele z tych cech i zachowań, które znalazłem w bohaterach moich felietonów czy opowiadań znajdziemy również w sobie samych.

    Justyna: Wąsowicz, ten prawdziwy, został bohaterem – którego z felietonów? Czy śmiałeś się sam z siebie poznając nowe miejsce?

    Jacek: Tak, zostałem współbohaterem niejednego własnego tekstu, chociażby tego o kulturze i 'kulturystyce' jazdy po drogach brytyjskich i polskich. Człowiek na Wyspach uczył się nowych standardów ruchu drogowego obserwując zachowania innych kierowców. Aż ciepło robiło się na sercu, gdy wpuściło się do ruchu kogoś z bocznej uliczki. W Polsce to nadal raczej oznaka nieumiejętności jazdy albo ciapowatości – tutaj: prawdziwej kultury, ludzkiego odruchu. Były też sytuacje wyjątkowe. Raz np. wjechałem na przejście dla pieszych – to z żółtymi kinkietami, czyli dla nich uprzywilejowane – gdy szła po nim babcia. Musiała się bidulka zatrzymać, by nie być przejechaną; ja jej kompletnie nie widziałem, dopiero gdy była pod maską. A całą sytuację z pięciu metrów obserwował przechodzący akurat tamtędy policjant. Zatrzymał mnie. Już myślałem, że po ptokach, a on tylko mnie 'werbalnie pouczył'. Nie prosił o papiery; właściwie nie musiałem nawet wyjść z samochodu. Takie doświadczenie uczy lepiej niż srogi mandat.

    Justyna: To się nazywa angielska bądź anielska uprzejmość panów policjantów. Miłe. Teraz zdejmij różowe brytyjskie okulary i pomyśl chwilę o naszej ojczyźnie. Czy wyjazd z Polski był sukcesem, czy też zaliczasz go do życiowych porażek?

    Jacek: Nie rozpatruję emigracji w kontekście gry w toto-lotka: grałeś 33 lata i wyemigrowałeś, czyli przegrałeś. Ale co niby przegrałem? Całe życie? Jakiś zakład? Owszem, w okresie dojrzewania do wyjazdu rzeczywiście odbierałem emigrację jako porażkę. Teraz jednak dostrzegam jak wiele dała mi nowa perspektywa spojrzenia na ojczyznę i na życie w ogóle. Poza tym, tak po prawdzie, ja nigdy za bardzo nie pasowałem do polskiego klimatu społecznego, oceniam więc, że przez te 12 lat ominęło mnie wiele traumy. Nie zrozum mnie źle, Justyno – kocham swoją ojczyznę i swych rodaków, lecz obserwuję ich niczym astronauta z przestrzeni kosmicznej. Dopiero stamtąd pewne sprawy i sprawki stają się widoczne.

    Justyna: Jacku, a to poniekąd rozumiem. Będąc w Stanach bezczelnie twierdziłam, że ci, którzy Polskę kochają, wyjechali. Słowem, emigrant w moich oczach urósł do rangi patrioty. Zgodzisz się ze mną?

    Jacek: Absolutnie tak. W Polsce nie masz na co dzień Anglika, któremu musiałbyś powiedzieć to i owo na temat ich pupilka Churchilla. W Polsce nie masz Francuza, któremu musiałbyś rozbijać jego stereotyp przystojnego hydraulika, nie masz Amerykanina z jego obrazem Polaka jak w krążących tam o nas kawałach. Tylko powiedz to rodzimemu ultrapatriocie…

    Justyna: Felietony to baczna obserwacja tego, co się dzieje obok. Ile jednak tych sytuacji miało miejsce w domu? Wśród znajomych? Jak bardzo różnisz się od przeciętnego Kowalskiego w Anglii i ile masz wspólnego z rodakiem w kraju?

    Jacek: Halo! Gdyby wszystko, co piętnuję i wypominam rodakom w "100 kijach" miało dziać się u mnie w domu, jak wielkim musiałbym być hipokrytą! Nie czuję się wyjątkowym emigrantem; rodaków myślących podobnie jak ja tutaj się spotyka, jednak mam świadomość, iż przy całej tej masie Kowalskich jestem raczej w mniejszości. Co do rodaków w kraju, tu też nie widzę znacząco odmiennych proporcji, a więc również jestem w mniejszości. Tym jednak większy czuję ciężar odpowiedzialności za to, co piszę i że w ogóle to piszę. Bycie w mniejszości tym bardziej nakręca mnie do pisania o sprawach ważnych, oczywiście z perspektywy tego kosmonauty. Rozumiem co prawda brak takiej perspektywy w kraju, liczę jednak na rosnący dystans rodaka znad Wisły do samego siebie, do swoich zwyczajów, religii, tradycji.

    Justyna: Skąd u ciebie taka umiejętność podglądania świata? Czy sprawia ci to przyjemność?

    Jacek: Przyjemność? Czasami posądzam siebie o skłonności masochistyczne…

    Justyna: Tak myślałam (śmiech).

    Jacek: Widzisz, ja zwyczajnie nie potrafię przejść obojętnie obok naszych ludzkich zachowań, które przed lustrem ocenilibyśmy jako złe, niemoralne – tzw. grzeszne – ale gdy tylko zauważymy, że podobnie zachowuje się nasza matka, sąsiad, przyjaciel, urzędnik czy ksiądz, zaraz uruchamia się w nas mechanizm 'ręka rękę myje'. I wcale nie chcemy tego mechanizmu powstrzymywać; wręcz utworzyliśmy sobie całe instytucje, by w nich szukać dla samych siebie usprawiedliwienia. W tym jesteśmy świetni. Obwarowaliśmy się też naszą ukochaną tradycją. Tak ją kochamy, że już świata poza nią nie widzimy. Dlatego staram się patrzeć na świat nie przez pryzmat tradycji, a więc sumienia grupy, tylko pryzmat własnego sumienia. I to cała odpowiedź na Twoje pytanie o umiejętność obserwacji świata.

    Justyna: Tak tylko pytam! Gaduła jesteś, wiesz o tym? I dlatego jest 100 kijów, a nie 10 włożonych w mrowisko – mniemam.

    Jacek: Czy jestem gadułą, czy po prostu było wiele spraw do poruszenia to już chyba temat na oddzielną rozmowę. [śmiech] Faktem jest, że proces selekcji, by zejść tylko do stu tekstów nie był wcale prosty.

    Justyna: Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I teraz rodzi się pytanie: czy Kowalski w twoich tekstach jest przedstawicielem mniejszości czy większości? Bo jeśli większości, to czy nie boisz się chodzić uliczkami Londynu – wszak prawda w oczy kole?

    Jacek: A Ty wiesz, że to jest pomysł! Dostać publicznie w dziób za swoją twórczość – to dopiero byłby pijar… [śmiech]. Pisząc "100 kijów" wyszedłem z założenia, iż pozycji o wielkości, świetności i świętości naszego narodu wydano już tak dużo, że biblioteczki dumnych Polaków aż się od nich uginają. A tu trzeba sobie wreszcie powiedzieć trochę prawdy. Formą felietonów i bajek chciałem dosadnie, a jednocześnie bez obrażania nikogo, nakreślić przeciętnego Polaka; ukazać go takim, jaki jest na co dzień. Jeżeli jednak szczerość, to za nią idą nie najmilsze do przełknięcia refleksje. Już niejednego Czytelnika sprowokowałem do posądzenia mnie o 'robienie do własnej miski'. Oczywiście, mógłbym przyjąć postawę pochwalno-włazidupną; przecież jest łatwiejsza, ludzie wtedy kochają cię zamiast posądzać o zdradę narodu lub inne zbrodnie. Ja jednak wolę podejście satyryczno-kpiąco-krytyczne – może trudniejsze do obrony, ale to ono stawia przed autorem daleko większe wyzwania, kreując potencjalnie większą wartość historyczną, merytoryczną, a niewykluczone, że i literacką.

    Justyna: Znów ten masochista…?

    Jacek: Pewnie tak, ale ja po prostu nie cierpię ani iść na łatwiznę, ani posługiwać się półprawdami. Pewnie stąd moje ulubienie do formuły wtykania kijów w mrowisko. Choć nie tylko w polską emigrację tego kija wtykam, nie tylko w mrowisko polskie, co raczej w mrowisko ogólnoludzkie. W gruncie rzeczy, niezależnie od narodowości, wychowania czy tradycji, wszyscy jesteśmy z tej samej gliny. Nie staram się więc doszukiwać kretynizmów w jakiejś konkretnej nacji czy grupie społecznej, co w postawach uniwersalnych, typowo ludzkich, które każdy z nas, człowiek z krwi i kości, zrozumieć potrafi. Czy zrozumieć chce – to już inna bajka.

    Justyna: Jest w książce kilka tekstów dotyczących słabnącej wiary u ludzi. Często podkreślasz, że tradycja nie ma nic wspólnego z wiarą. Kim zatem jest człowiek wierzący i czy ubieranie choinki uwłacza Bogu?

    Jacek: Przepraszam, ja nie piszę o "słabnącej wierze", a raczej o pobożności, która zewnętrznie jawi się jako bardzo silna, skonsolidowana; pomyślałby więc człowiek, że ramię w ramię idzie z nią wiara – ale ta, jak obserwuję, jest właściwie żadna. Oczywiście generalizuję, ale chyba mam prawo, skoro dotyczy to większości polskiego społeczeństwa. To, o czym tu mówię w pełni oddają takie teksty jak np. "Czarny pas z religii", "Quo vadis, Tradycjo?" czy znów aktualna na niedawne Boże Narodzenie "Gorączka świątecznej nocy". Pytasz też o choinkę oraz kim jest człowiek wierzący… No wiesz, w kontekście choinki opcje są tylko cztery: można a) wierzyć i ubierać choinkę, można b) nie wierzyć i nadal ubierać choinkę (jak większość), można c) wierzyć i nie ubierać choinki (jak ja), można wreszcie d) nie wierzyć i nie ubierać choinki, ale takich odmieńców to ja jeszcze nie spotkałem. [śmiech]. Lecz dopiero tutaj zaczynają się schody, bo na te cztery proste warianty nakłada się siła tradycji, czyli w praktyce presja społeczna, oraz indywidualne zrozumienie pojęcia 'bóg'. Stąd jeden może ubierać choinkę na okazję swojej wiary, a drugi może nie ubierać jej właśnie dlatego, że jest wierzący. Wszystko zależy przede wszystkim od tego, w którego Boga wierzymy: czy w tego objawionego nam osobiście – podkreślam: nie grupie ludzi 'uprzywilejowanych', a nam osobiście – czy w boga ewoluującego z pokolenia na pokolenie, zmieniającego się wraz z dogmatami i aktualnym klimatem społecznym. Pierwszy Bóg wykreował człowieka, a ten taką rzeczywistość zaakceptował – drugi bóg to de facto wytwór człowieka. Oba warianty są okej; ja akurat wybrałem ten pierwszy, ale niech każdy wierzy w to, co mu pasuje i jak co widzi – najgorzej tylko, jeśli w tego wykreowanego boga wierzymy jak w realnego. Wtedy pojawia się religia, a to najobfitsze źródło ludzkich cierpień, szczególnie gdzieś tak od IVw. naszej ery.

    Justyna: O Matko! Ja wiele z tego nie rozumiem, ale mam nadzieję, że czytelnicy będą bez problemu mogli siebie scharakteryzować i przypasować do jednego z czterech typów człowieka wierzącego z choinką w tle. Ja siebie określiłabym jako wierzącą i ubierającą choinkę – tu wkrada nam się ulubiona przez ciebie „tradycja” albo moja wewnętrzna potrzeba piękna przeżywanego z rodziną. Nie ma nic piękniejszego od robienia z dziećmi ozdób świątecznych czy pieczenia pierniczków. Prawda? Masz w ogóle dzieci?

    Jacek: Dzieci nie mam, więc rzeczywiście mogę nie wiedzieć co jest najpiękniejsze. Ja tylko miałem setki dzieci 'cudzych', ucząc je w szkole jęz. angielskiego. Poza tym, w rewanżu dla mojego rodzeństwa za siedzenie ze mną, gdy byłem mały, ja wybawiłem im czwórkę ich dzieci. Mam też przyjaciół i znajomych z dziećmi i oczywiście to nie to samo, co rodzicielstwo, ale już stąd widzę, że dziecko ma taką zabawę, na jaką mu pozwoli rodzic, opiekun czy nauczyciel. To dorosły zapewnia dziecku zabawki, mnoży - lub ogranicza - atrakcje. Jeśli pokazałbym malcowi, że granie do upadłego w komputerowe gierki jest fajne, czy młoda głowa by tego nie łyknęła? Jeśli ubierałbym choinkę tylko dla czystej frajdy, a bez kontekstu religijnego, czy moja pociecha widziałaby w tym coś poza czystą frajdą? A jeśli świecidełka na drzewku byłyby rzeczywistym symbolem mojej wiary lub religii, to czy nie w takim duchu ubierałbym z dzieckiem tę choinkę? A niby te same ubierania, prawda? To może mamusia trójki dzieci mnie poprawi, jeśli jest inaczej? Tylko prosiłbym bez teorii [śmiech].

    Justyna: Nie, nie będę poprawiać, bo musiałabym się rozpisać, a tu nie chodzi o moje Matki-Polki wychowawcze zapatrywania. Zresztą, tak jak zawsze powtarzam, ten kto dzieci nie ma nie powinien się wypowiadać na temat ich kształtowania, bo choć wybawiłeś jak mówisz setki dzieci, nie wspomniałeś nic na temat roli wzorców poza domem. Dziecko w wieku szkolnym zaczyna mieć inne autorytety. Wzorem staje się nauczyciel czy trener, czasem kolega, gwiazdor telewizyjny, czy inna osoba publiczna. Wchodzi w pewne środowisko, które ma na rozwój naszego potomka niemały wpływ, a my tracimy na znaczeniu.

    Jacek: Aha. A miałaś się nie rozpisywać… [śmiech]. Okej, co masz następnego w zanadrzu?

    Justyna: Czym jest dla ciebie wewnętrzna pewność? Czy wierzysz w to, że zawsze i we wszystkich okolicznościach jesteś we właściwym momencie i we właściwym miejscu oraz że wszystko, co się dzieje, jest właściwe?

    JW: Justyna, to bardzo ciekawe pytanie! Może będziesz się śmiać, że uparłem się na jeden temat, ale Ty sama do rozmowy o tradycji mnie podpuszczasz.

    Justyna: Nie podpuszczam, wcale a wcale! (śmiech).

    Jacek: Na co dzień nie zastanawiamy się jak mocno daliśmy się wpisać w lokalne normy społeczne, jak bardzo boimy się wypaść z grupy. A 'tradycja ojców' to właśnie te wszystkie normy i się ich trzymanie. Co prawda, to ona często podtrzymuje nas na duchu, daje poczucie tożsamości, ale jednocześnie nierzadko ogranicza. Tradycja ojców to jakby pewność zewnętrzna – a Ty pytasz mnie o pewność wewnętrzną. I tu masz już odpowiedź, bo dla mnie argument 'co ludzie powiedzą' nie jest żadnym argumentem. Nie szukam oparcia w normach społecznych tylko dlatego, że ci, co je normami ustalili są w większości. Nie czuję więc potrzeby zmiany swoich przekonań tylko po to, by przypodobać się innym, jakiejś grupie. Podobnie, nie boję się zmiany swych przekonań tylko dlatego, że w konsekwencji zostanę wyrzucony za burtę grupy. Spokój sumienia cenię sobie daleko wyżej.
    Oczywiście, przy takim podejściu pryska to całe oparcie w mądrości przodków i wtedy to ja osobiście staję się odpowiedzialny za ewentualne błędy, bo nie mam na co i na kogo ich zwalić. Najważniejsze wtedy, tak zauważyłem, by czym prędzej umieć przyznać się do błędu. Wtedy, jeśli dostrzegę rację u kogoś, zaraz przyjmuję tę 'cudzą' rację za swoją i znowu to ja mam rację, a przez to wewnętrzną pewność siebie. [śmiech] Czy to ma sens?

    Justyna: Sens Wąsowiczowski niewątpliwie w tym ukryty jest (śmiech). Pytałam o to, bo ja mam z tą wewnętrzną pewnością pewne problemy i często wszystko poddaję wnikliwej analizie. Tak samo było z prozaiczną rzeczą jaką jest moje zdrowie, a co za tym idzie postawiłam na medycynę naturalną. Niemniej wiem, że kilka lat temu i ty zmieniłeś całkowicie swoje nawyki żywieniowe – dlaczego?

    Jacek: Prawda, zmieniłem. Wszystko zaczęło się od buntu, najpierw wewnętrznego, gdy po czterdziestu kilku latach życia z pewną przypadłością za pan brat przestałem ją akceptować. Widziałem i słyszałem wielu innych ludzi na to samo cierpiących, ale skoro inni to mają i 'jakoś z tym żyją', całe życie myślałem, że to normalne. Że tak niektórzy mają i basta. Byłem z tym u wielu doktorów, w Polsce i na Wyspach, ci stawiali mi różne diagnozy i przepisywali różne pigułki. Na początku działały, choć zawsze tylko na okres ich pobierania. Później już nic nie działało, jakby moja przypadłość 'nauczyła się' jak się przed nimi bronić. Na koniec, gdy byłem już u granic wytrzymałości, pewien mądry Pan Pigułkowiec z tytułem doktora nauk medycznych powiedział, że "to nic takiego", a jeśli już tak bardzo się upieram, to on radzi mi brać sterydy. Kazałem mu się wypchać – niestety tylko w duchu. Na szczęście, zaraz potem usłyszałem od znajomych o pewnym badaniu profilaktycznym, które jest ponoć bardzo dokładne. Miałem opory, bo miało być oparte na medycynie chińskiej, ale człowiek zdesperowany robi różne rzeczy, prawda? A tam wspaniała pani dietetyczka - żadna 'mondra' pani doktor, a 'tylko' magister - postawiła mi diagnozę, że to wszystko od …jedzenia. Tzn. złego jedzenia. A ja przecież spożywałem najlepsze jogurciki owocowe, piłem 'zdrowe' krowie mleczko, wszystko polewając pyszną śmietanką prosto z polskiego sklepu! Odstawiłem te rzeczy – a lekko nie było, o nie! No i naraz, chyba już po kilku dniach, przypadłość - po raz pierwszy w życiu - zwyczajnie ustąpiła. Sama. I to wtedy człowiek zainteresował się działaniem innych produktów na jego organizm i tak krok po kroku wyeliminowało się mięso, potem mocno ograniczyło gluten, w zamian poznając wiele innych, zdrowych i pysznych produktów oraz potraw. Dziś czuję się jak nowo narodzony. Inni wokół mnie chorują, a ja i moja Druga Połowa od ponad dwóch lat stoimy jak skały. Pigułkowców i ich przychodnie omijamy szerokim łukiem. Wiemy, że w razie czego oni by nam i tak w niczym nie pomogli, gdyż pomóc nie są w stanie. Czyli oceniam, że warto było zmienić te nawyki, zdecydowanie tak.

    Justyna: Czy jesteś typem samotnika? Jaką rolę odgrywają w twoim życiu przyjaciele?

    JW: Tak, jestem raczej samotnikiem, choć brylować w towarzystwie też potrafię. [śmiech] Znajomych jest sporo, ale odsiewają się niemiłosiernie; większość nie przechodzi przez moje sito przyjaźni. Rola przyjaciela? Ma nie krygować się, nie zmuszać do sterylnych słów i czynów, a powiedzieć prawdę. Znajomego na to nie stać i pewnie dlatego pozostaje tylko znajomym.

    Justyna: O! To ciekawe, zatem twoja znajoma, a może ktoś więcej wie, że pracujesz nad nową książką. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że tym razem bardziej się skupisz na sobie niż innych – wyprowadzisz mnie z błędu?

    Jacek: Chyba nie muszę. Rzeczywiście, piszę drugą książkę. Tym razem jest to osobisty reportaż na temat mojej emigracji – choć znowu z aspektem społeczno-kulturowym w tle. Tak jak "kije w mrowisko" były próbą poznania siebie i swego narodu po zderzeniu nas z Brytyjczykami, tak ta pozycja ma spiąć wszystkie moje emigracyjne doświadczenia: dlaczego wyjechał, jak sobie radził, jak uczył się języka, gdzie mieszkał, gdzie znalazł pracę, gdzie jej nie znalazł, kto mu pomagał, kto podstawiał nogę, czego się nauczył i jaką rolę w tym wszystkim odegrali Tubylcy. Innymi słowy, co to znaczy wyjechać na Wyspy. Książka jest próbą odkrycia wspólnego mianownika życia na emigracji, dobrych i złych posunięć. A wszystko w formie nie mojej oceny, a raczej suchego reportażu, choć oczywiście nie silę się tam na diametralnie inny język, niż ten Wąsowiczowski.

    Justyna: Ostatnie pytanie – powiedz: cieszysz się, że dobrnęliśmy do końca?

    Jacek: Niekoniecznie, bo dzięki twoim cwanym pytaniom rozmawia mi się wybornie.

    Justyna: Na koniec jest niby-pytanie, które musi paść: pisanie dla ciebie jest…

    Jacek: Misją. To przede wszystkim. Dopiero potem hobby, a na samym końcu pracą zarobkową. Widzisz, przez całe życie grałem na gitarze, godzinami ćwiczyłem, występowałem. Jednak wkrótce po swojej metamorfozie w 2008r. doszedłem do wniosku, że poprzez muzykę nie wyrażam siebie w pełni. Owszem, widownia otrzymywała jakieś uczucia, emocje, ale to w/g mnie nie było kompletne; to była tylko rozrywka. W pisaniu widzę daleko większy potencjał, pisaniem wyrażam się daleko pełniej, interakcja z Odbiorcą ma inną jakość. Czyli że jakoś tę swoją misję spełniam, a to daje satysfakcję oraz nakręca do dalszego doskonalenia warsztatu, zmysłu obserwacji, kojarzenia faktów, układania hierarchii ważności, szukania sensu siebie, człowieczeństwa. Takie pisanie chcę rozwijać. Halo! Czy swoim pytaniem nie wydusiłaś ze mnie przypadkiem mojego credo? [śmiech].

    Justyna: No nie wiem co i ile z ciebie wydusiłam, ale cieszę się, że się udało porozmawiać! Dziękuję bardzo za rozmowę. Kochani, nie wiecie, ale my z Jackiem wymienialiśmy się e-mailami przez około dwa tygodnie. Rozmowa ta miała być prezentem dla naszych znajomych i czytelników na Boże Narodzenie, a będzie stety lub niestety na Nowy Rok. Wspólne pisanie jest o niebo trudniejsze niż rozmowa w cztery oczy, niemniej udało nam się! Wam zaś dziękujemy za wspólnie spędzony czas. Jeśli macie jakiekolwiek własne pytania, w komentarzu je zostawcie, a wraz z Jackiem odpowiemy na nie z wielką przyjemnością. Prawda, Jacek?

    Jacek: Owszem, czemu nie. A jeśli już zdradziłaś oryginalną datę publikacji naszej rozmowy, mam też nadzieję, iż pozwolisz mi ją zakończyć życzeniami, które specjalnie na te Święta zmontowałem. A czytając je sobie widzę w nich, jak to ujęłaś, swój "inny tok rozumowania". Oto one:

    Choinka, prezenty, pierogi i kurz –
    Czy to Świąt Chrystusa esencja już?
    Zaś ja Wam życzę z całego serducha,
    By Was nie porwała tania zawierucha.
    A w nadchodzącym Nowym Roczku,
    Zero kiełbasy, sadła i boczku.


    Właśnie tego na ostatnie Święta życzył Wam Jacek Wąsowicz.



    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!