• Wędrówką życie jest człowieka...

    Lesbijki-matki w Norwegii


    Moją sąsiadką, gdy mieszkałam w USA, była średniego wieku lesbijka. Wcześniej nie miałam styczności z homoseksualizmem i właściwie był to temat tabu. Nie muszę ukrywać, że nikt z mojej rodziny ani przyjaciół nie akceptował odmienności seksualnej. To byli niebezpieczni dziwacy. Podzielałam to zdanie. 

    Los chciał,  że w Deerfield Beach drzwi w drzwi zamieszkała lesbijka, która jak na Amerykankę przystało nie wstydziła się i nie ukrywała swojej odmienności, choć też jej w żaden sposób nie eksponowała.

    Dzięki niej zrozumiałam, że "kochający inaczej" to zwykli ludzie. Tacy jak Ty i ja. Często, co uważam za bardzo interesujące, są wrażliwsi  na piękno i cierpią prawdziwie czując jakąkolwiek krzywdę. Lubiłam z nią chodzić do biblioteki, gdzie przeglądałyśmy najnowszą prasę. Czasami dałam się namówić na jakiś wieczorek literacki i wśród innych homoseksualistów wcale nie czułam się źle. 

    Moja sąsiadka była brzydką kobietą, ale miała w sobie sporo czarującego uroku. Właściwie była takim Rettem Butlerem. Jakoś mi to do niej pasowało, zwłaszcza że nosiła spodnie, zaś sam mąż Scarlett był i nadal jest jedną z moich ulubionych postaci męskich. Lubiłam z nią spędzać czas i wkrótce zupełnie zapomniałam, że jest innej orientacji. Straciło to znaczenie.

    W tym tygodniu dowiedziałam się, że jedna z bardziej lubianych przeze mnie mam, która odwiedza przedszkole ze swoim maluchem, także jest lesbijką. To, że w Norwegii można wstąpić w związek małżeński ze swoją partnerką wiedziałam jeszcze przed przeprowadzką. Mając na uwadze, że Bergen będzie kolejnym przystankiem poszperałam trochę w internecie na temat Skandynawii. Ciekawe jest to, że jeszcze do 1975 roku można było pójść do więzienia "za sodomię". Kobiety nie były karane, bo według prawa nie posiadały seksualności, zaś do 1998 roku norwescy psychiatrzy zalecali homoseksualistom wstrząsy elektryczne jako terapię. Zmiany nadeszły 10 lat temu i od potępienia, represji i życia w ukryciu przeszliśmy do pełni praw oraz przychylności społecznej.


    Siedzę sobie z nią na podłodze i bawiąc się z jej córeczką prowadzimy luźne rozmowy, mieszając norweski z angielskim.

    - To kiedy następne dziecko - pytam. - Fajnie byłoby mieć chłopczyka.
    - Wybieramy ojca.
    - Słucham?
    - No z partnerką, z żoną, to znaczy z mężem-żoną - uśmiecha się pięknie i znacząco - jedziemy w styczniu do Danii.
    - Nie rozumiem - odrzekłam, ale chyba nie musiałam tego mówić, bo moja mina powiedziała wszystko. Od wielkiego skupienia, bo przecież mogłam nie zrozumieć, do wielkiego olśnienia, że wiem o co chodzi, po pełną konsternację - ale jak to?
    - Nie znamy dawcy nasienia. Dla nas ważne było tylko to, aby mężczyzna miał niebieskie oczy, bo same takie mamy.
    - O, to ciekawe. Wiedziałam, że można mieć ślub z kobietą w Norwegii, ale nie byłam świadoma, że można prawnie posiadać też dzieci - nadmieniam pytająco.
    - Można, tak. Mam przyjaciółki, które też mają dzieci.
    - To świetnie! - odparłam, bo tak mnie zatkało, że nie wiedziałam co powiedzieć. Dowiedziałam się jeszcze, że jestem queer. Myślałam, że queer są tylko homoseksualiści, ale okazuje się, że nie. Norwedzy zaadaptowali to słowo na swój sposób i jeśli w swoich znajomych masz geja lub lesbijkę to, już jesteś queer. Dobrze wiedzieć :-)

    A to nasza polska homo-rodzina.

    O ile związki tej samej płci akceptuję w pełni i nie jestem w żaden sposób zniesmaczona czy obruszona, to kwestia dzieci wzbudza we mnie jakiś wewnętrzny protest i wiele pytań, na które pewnie odpowiedzą dopiero dorosłe dzieci par jednopłciowych.

    Oczywiście jeśli kobieta miała wcześniej dziecko, które było owocem związku z mężczyzną, a po czasie los sprawił, że zmieniła preferencje, rozumiem, że swojej pociechy nie zostawi. To umiem sobie wytłumaczyć.

    Niemniej absolutnie nie rozumiem i nie popieram sytuacji, gdzie jak w przypadku koleżanki z przedszkola szuka się dawcy nasienia po to, aby mieć dziecko i świadomie skazać je na życie wśród samych kobiet. Dla poprawnego rozwoju dziecka potrzebny jest ojciec. Jest on ważny zarówno w życiu córki, jak i syna. I odwrotnie. Dwaj mężczyźni nigdy nie zastąpią matki dziecku. Nie i już. Czasami wydaje mi się, że świat zwariował już zupełnie. Są pewne granice. Osoby dorosłe podejmują różne decyzje - są odpowiedzialne za siebie, ale czy mają prawo decydować o losie małych, niewiele rozumiejących dzieci? Czy mają prawo skazywać je choćby na szydercze uśmiechy w szkole, gdy rówieśnicy dowiedzą się, że ma dwie mamusie lub dwóch ojców? A może ja się mylę, bo tu w szkołach też panują inne zwyczaje. To jeden z nielicznych i w sumie najmniejszych problemów...



    Z drugiej strony - bo takowa jest zawsze - może to dziecko dostanie więcej miłości? Trudne czasy, decyzje i życie. Nie potępiam. Staram się zrozumieć. Pytam siebie, czy taka moja bierna postawa w sumie nie jest czystym egoizmem krzyczącym: "Świecie, zostaw mnie w spokoju"?

    I taka ta moja Norwegia jest - pełna przeciwieństw, zaskakujących sytuacji i nieprzespanych nocy, bo moją norweską lesbijkę z przedszkola przeżywałam kilka dni. Teraz dzielę się tym z Wami.





    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!