• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (23)



    Plaża była jak na tę porę roku bardzo pusta. Nawet mewy jej nie odwiedzały. Woda niespokojna i mętna, fale burzyły ciszę dokoła, a wiatr czochrał włosy niepokojem myśli.

    Zosia trzymając za rączki chłopców szła brzegiem w kierunku Boca Raton, mocząc nogi w wodzie.  Wrześniowy piasek parzył w stopy, niczym nie przypominając, że jesień na świecie nastała. Nie było żadnych liści opadających powoli na ziemię i niosących wspomnienie lata, tylko opowieści oceanu, który przypominał o tym, że po jego drugiej stronie jest Europa powoli szykująca się do zimowego snu. Tu nawet zieleń nie oblała się pomarańczą, a patrząc przed siebie na wodę nigdy nie wiadomo, gdzie kończy się niebo, a zaczyna ziemia.
    Zosia potrafiła jeszcze zatracać się w swojej tęsknocie za życiem, które zostawiła w Polsce nie zdając sobie sprawy, że to, co było nie powróci.

    - Witam moich cudnych chłopców – krzyknęła Julka idąca z naprzeciwka. – Wleczecie się strasznie. Obiad już zimny. Widziałam was z okna.
    - Eh, wiesz jak to z dziećmi – odparła Zosia.
    - No nie wiem, ale już niedługo się dowiem – rzekła z przekonaniem w głosie, masując swój ogromny brzuch.
    - Ja też nie mogę się doczekać.
    - W końcu mam imię!
    - No nareszcie. Jesteście gorsi niż my – zaśmiała się radośnie.
    - Tymoteusz.
    Zosia spojrzała na Julkę uśmiechając się szczerze. Tymek... – pomyślała. Całkiem oryginalnie. Ciekawe tylko jak to jej brazylijski tatuś wypowie?
    - Jak dobrze pójdzie, to już w przyszłym tygodniu go poznamy. Ładnie. Niepospolicie - powiedziała obejmując koleżankę.
    - Oby, bo już mam serdecznie dość. Ciekawa jestem tej Polki, co ją poznał Oskar w parku. Widziałaś się już z nią?
    - Nie, jeszcze nie.
    - Ale dzwoniłaś już?
    - Nie. Przecież mówię – odburknęła lekko rozdrażniona. - Nie mam jakoś nastroju do rozmowy z nieznajomymi.
    - A to niby dlaczego?
    - Znowu mnie naszła tęsknota.
    - Daj spokój! Nie mogę słuchać już tych twoich żali. Im szybciej zapomnisz, tym lepiej... Cholera! – Julka przykucnęła.
    - Co się dzieje? Dobrze się czujesz?
    - Tak, chyba tak. Widzisz, Tymek też nie może tych dyrdymałów ścierpieć.
    - Łatwo ci powiedzieć.
    - Nie Zosik, wcale że nie – Julka przystanęła i z poważną miną, upewniwszy się, że przyjaciółka słucha uważnie kontynuowała. - Niemniej nic ci nie da oglądanie się za siebie. Przeszłość to najgorsza pułapka, w którą można wpaść, a ty już pięć lat błądzisz w labiryncie własnych wspomnień o życiu, które dawno już jest tylko w twojej głowie. Czas to zakończyć. Dobrze ci radzę. Nie da się żyć tu i tam.
    - Jaka pułapka, to moje życie! – zaprotestowała ostro. Nienawidziła tych rozmów, a Julka już wyraźnie nakręcona nie dawała za wygraną. 
    - Twoje życie jest tutaj. U boku męża. Wśród przyjaciół. Masz wszystko czego ci potrzeba. Chcesz to stracić? Nie wierzę. Zastanów się lepiej nad tym i zadzwoń do tej laski, może się okazać bardzo fajna.
    - Ja wcale nie wiem czy chcę kogokolwiek nowego poznawać. Mam sporo znajomych i to mi w zupełności wystarcza. I mam ciebie – uśmiechnęła się i puściła oczko do przyjaciółki.
    - Jasne! Tłumacz tak sobie dalej. Zamknij się w tym swoim mieszkaniu i ogranicz do kilku ludzi obok siebie, a depresja minie jak ręką odjął.
    - Nie mam żadnej depresji. Jestem pełną optymizmu mamą dwójki cudnych dzieci. Szczęśliwą żoną. Jak to mówi moja teściowa, jestem księżniczką i każda by taką chciała być. Nic tylko mi zazdrościć – dodała z sarkazmem w głosie. 
    - Moja teściowa uważa, że to jej syn jest w czepku urodzony.
    - I tak powinno być, bo gdzie te chłopy znajdą lepsze żony?
    - No, dokładnie. Twojemu to się trafiło jak ślepej kurze ziarno, tylko musisz przestać marudzić, bo to już nudne jest.
    - Oj, daj mi spokój. Nie nakręcaj się, bo jeszcze z tego podniecenia tu urodzisz.
    - Nie dam, dopóki nie zaczniesz doceniać tego, co masz.
    - Doceniam.
    - Postaraj się bardziej. Potrafisz.
    - Dobrze, dobrze...

    Tak przekomarzając się doszły do wniosku, że życie jest piękne, a jesień, choć nie dane im będzie przejść się po dywanie utkanym kolorowymi liśćmi, nadal jest najpiękniejszą porą roku tu w kraju-raju. Piły słodkie bezkofeinowe cappuccino posypane wanilią i cynamonem, patrząc na rozlewające się złocistą czerwienią słońce. Boca to nieduże miasteczko. Apartament Julki był na ostatnim piętrze wieżowca tuż przy oceanie. Widać też było Deerfield Beach i osiedle Zosi. Okna wychodziły zarówno na wschód, jak i na zachód. Odwiedzając Julkę, Zosia nie lubiła przesiadywać na balkonie i wpatrywać się w pustkę oceanu, za to uwielbiała siedzieć w pokoiku z wielkimi oknami na miasto i przyglądać się ruchliwej autostradzie I95, która często zatłoczona przypominała jej o korkach w rodzinnym Poznaniu. Odwrotnie niż Julka i pozostali znajomi, którzy wszystko zostawili za sobą i tu budowali swoją świetlaną przyszłość, nie rozpamiętując w ogóle tego, co było kiedyś. Może i taka niepamięć jest dobra? 

    ***
    - Dobrze, to w takim razie widzimy się w parku – odpowiedziała Basia.
    - Będziemy w komplecie – Zosia odłożyła słuchawkę. - No, zobaczymy co to z tego wyniknie – pomyślała i zaczęła powoli szykować chłopców do wyjścia.

    Nie musiała rozglądać się długo. Zawsze zastanawiała się jak to jest, że swoich rodaków  rozpoznaje się na odległość? Prawie nigdy się nie myliła i to zawsze przyprawiało ją o dobry nastrój. I tak było tym razem. Od razu podeszła do szczupłej, niziutkiej i ładnej kobiety o długich włosach z niebieskim plecakiem na ramieniu. Obok bawiły się dzieci, które, co nie było zdziwieniem, mówiły tym tworem językowym, który Zosia nazwała „anglo-polskim”. Dzieciom nie przeszkadzało łączenie języków, nawet gdy było to w jednym zdaniu. To co wygodniej wymawiały po polsku, a trudniejsze słowa zastępowały angielskimi. W ten sposób nigdy nie był „księżyc” tylko moon, ale już ogórek zamiast cucumber.  To niespodziewanie przypomniało jej o pewnym zajściu, które miało miejsce kilka miesięcy temu. Robiąc zakupy w Target, kierując się intuicją poszła za pewną kobietą, która rozmawiała z synem. Dyskutowali po angielsku. Kobieta miała łzy w oczach, a Zosia nie mogła oprzeć się pokusie podsłuchiwania, choć dobrze wiedziała, że to nieładnie. Szła za nimi jak w amoku, próbując wyłapać każde pojedyncze słowo.

    - Zrobiłaś ze mnie bezpańskiego psa.
    - Co ty mówisz, synku. Zobacz jak twój brat sobie daje radę.
    - I co z tego. To nie ma nic wspólnego ze mną.
    - Przecież możesz iść w jego ślady.
    - Ale ja nie wiem, gdzie jest mój dom. Nie umiem wybrać pomiędzy Polską a Stanami.
    - Nie musisz nic wybierać. Jesteśmy wszyscy tutaj. Tu jest twój dom.
    - Nie! – krzyknął dość głośno. Był wyraźnie poddenerwowany. Podszedł do matki nachylił się nad nią i niby do ucha, choć nadal wyraźnie i głośno mówił dalej. - Co chwila się przenosiliśmy. Dwa lata tu, potem kilka lat w Polsce, by znów powrócić do Ameryki i ponownie wyjechać na kilka lat.
    - Jest wiele plusów.
    - Ja widzę same minusy – obruszył się. - Nie jestem Polakiem ani Amerykaninem, oba paszporty przypominają mi tylko o tym, że nie mam miejsca na ziemi. Jestem nieszczęśliwy i tu i tam. Nie wiem, który kraj wolę. Czuję się okradziony. Rozdarty. Ale do ciebie to nie dociera. Nie zdajesz sobie sprawy, co zrobiłaś.
    - Nie histeryzuj. Wymyślasz. Sam dobrze wiesz jak było. Skoncentruj się na tym, co masz teraz i ułóż sobie życie po swojemu.

    Dlaczego akurat teraz wrócił do niej ten obraz? Nie wiedziała. Ocknęła się jednak szybko i zaczęła obserwować jak chłopcy wspólnie się bawią. Dzieci Basi były prawie w tym samym wieku i miały blond czuprynki. Generalnie ktoś z boku mógłby pomyśleć, że wszyscy są rodzeństwem. Dziewczyny usiadły w cieniu i zaczęły rozmawiać o tym, jak to się stało, że akurat tu ich życie przygnało. Nie zauważyły jak minęły dwie godziny. Dzień powoli się kończył. To zawsze Zosię dziwiło. Jadąc na Florydę myślała, że nawet zimą słońce zachodzi tu dopiero po dziesiątej i była bardzo zaskoczona, że jest inaczej.


    Sweet Tomatoes - Boca Raton 
    - Zabiorę swoich do Sweet Tomatoes na obiad, może przejedziecie się z nami? Będziemy miały okazję jeszcze sobie poplotkować, bo ja rzadko rozmawiam z kimś po polsku – ciągnęła Basia. - Nie mamy tu dużo znajomych rodaków. Raczej obracamy się wśród ludzi z pracy.
    - A do polskiego kościoła nie chodzicie?
    - Sporadycznie, mój mąż w ogóle nie, jak już to ja sama.
    - Rozumiem. My też nie jesteśmy zbyt religijni, ale od roku uczę dzieci w sobotniej polskiej szkole i chcąc nie chcąc bardzo zżyliśmy się z kościołem.
    Ich rozmowę przerwały dzieci, które uwiesiły się Zosi i jedno przez drugie zaczęło krzyczeć przeraźliwie.
    - Tak! Pojedźmy! Ja chcę iść do Tomatoes na macaroni and cheese. Mamo, ja chcę macaroni.
    - Nie ma problemu – przytaknęła Zosia, uciszając równocześnie chłopców. - Ja w sumie nie mam dziś obiadu, więc bardzo dobrze się składa. Zadzwonię po drodze do męża, to może wracając z pracy też zajedzie.
    - Świetnie! Wiesz jak dojechać? To jest niedaleko.
    - Tak. Spokojnie, niemniej pojadę za tobą.

    Cdn.

    PS. Poprzedni odcinek Między FL a PL (22)
          Pierwszy odcinek Między FL a PL (1) 



    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!