• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (24)
























    Gdy wszystko, dosłownie wszystko było poukładane i Zosia zaczęła lubić swoje życie, postanowiła dokończyć to, co wydawało się już dawno zakończone, a jednak w oczach Boga nie było. 

    - A dlaczego nie wzięliście ślubu kościelnego wcześniej?

    To, że padnie jako pierwsze takie pytanie było wiadome i nikogo z całej trójki, a właściwie licząc księdza to z czwórki, nie dziwiło. Problem stanowiła odpowiedź, której właściwie nie było. Nie istniała żadna namacalna i realna przeszkoda. No może brak pieniędzy na wielkie wesele, ale decydując się na cichą ceremonię w gronie najbliższych można było i tę tajemnicę wyjawić przed Bogiem, którego i tak zabawa do białego rana nie interesowała. Zosia zwykła w takich momentach mawiać: 

    - Och, bo ja go jeszcze wtedy nie kochałam.
    - Jak to? –zdziwił się ksiądz. 
    - Normalnie. Nie byłam pewna czy to miłość ta prawdziwa, czy może tylko zauroczenie. 
    - A teraz moje dziecko wiesz? 
    - Wiem. 

    Ksiądz spojrzał na Zośkę z niedowierzaniem, ale nic nie powiedział. Znał ją już bardzo dobrze. Uczyła dzieci w sobotniej przykościelnej szkole. Wiedział bardzo dobrze jaką jest kobietą. Obserwował ją w pracy jak i w kościele. Znał jej rodzinę. Dzieci. Dopiero teraz uświadomił sobie, że ich nie chrzcił. 

    - O! Wykrzyknął! Już wiem! Wy przebiegli rodzice. Ładnie to tak, wykorzystywać naiwność księdza?
    - Ale o co chodzi? – z przerażeniem i dość cicho wydukała Zośka. 
    - Nie udawaj. Ślub kościelny jest wam potrzebny do chrztu. Znasz mnie na tyle, że wiesz, iż inaczej nie wyraziłbym zgody. Ale i tak protestuję. Nie zawarliście związku małżeńskiego przed Bogiem, to i dzieciom nie musicie dawać sakramentów. 
    - Chyba sobie ksiądz żartuje – wybuchł Oskar. Seba, który znał go do dziecka i właśnie przyleciał na rok, aby zarobić na remont mieszkania i jakieś auto, kopnął go w kostkę aż ten zajęczał. 
    - Daj spokój. To może ja wyjaśnię – rzekł. 
    - A pan to kto? - burknął już lekko podirytowany pleban. 
    - Świadek. Przyjaciel Oskara. 
    - A... Świadek! Niedoszły świadek – zażartował złośliwie ksiądz i sam się ze swojego dowcipu śmiał, bo pozostali lekko zdezorientowani spoglądali na siebie znacząco. – No to słucham, co pan chce mi powiedzieć? 
    - Tylko tyle, że Zosia jest drugą żoną Oskara i potrzebowała czasu, aby się upewnić, czy rzeczywiście chce resztę życia spędzić z tym człowiekiem. Najwyraźniej już jest pewna, a to jest wspaniałe, prawda? 
    - No nie! Ładna historia! - krzyknął ksiądz i wstał od biurka. Podszedł do gablotki w rogu pokoju, wyciągnął szklankę i zniknął. Powrócił po dłuższej chwili z wypełnioną po brzegi lodem. Usiadł z powrotem w wielkim wyścielanym żółtym atłasem krześle, nalał sobie wina, cmoknął ze dwa razy patrząc z wyrzutem na Zosię. W końcu przerwał krzyczącą w uszach ciszę. 
    - To taka historia. Wzruszające. Pozwolicie, że zostanę sam na sam z Sebastianem. A kiedy ma być w ogóle ten ślub? –  rzucił od niechcenia już całkiem spokojnym tonem. 
    - Siódmego maja – odrzekła Zosia. – I oczywiście od razu, na tej samej mszy chcielibyśmy ochrzcić chłopców – spojrzała na księdza i widząc jego minę odechciało jej się dalszego wyjaśniania. Wstała, pociągnęła Oskara za rękę i wyszli na zewnątrz. 
    - Co za palant! - krzyknął Oskar. 
    - Cicho! – upomniała go żona. –  Jeszcze nas usłyszy. Nie wiem zupełnie, co mu odbiło. Zazwyczaj jest inny. Teraz wymęczy Sebę, w końcu to niecodzienna sytuacja, aby być trzy razy świadkiem na ślubie tej samej osoby – uśmiechnęła się do męża i usiadła na trawie pod palmą. Odwróciła twarz w stronę słońca i pomyślała o dniu, w którym to wypowiedziała, choć nie sakramentalne, to równie znaczące „tak” . 
    - Myślisz o tym, co ja? – zapytał ją cicho, siadając obok. 
    - Tak, dokładnie. Boże, jak te siedem lat szybko minęło – zasmuciła się. 
    - Żałujesz czegoś? – spytał  nieśmiało, jakby mimochodem, bo w rzeczywistości wcale nie chciał usłyszeć odpowiedzi. 

    Przyzwyczajony był do tego, że żona co drugie zdanie zaczyna od słów „żałuję, że....”. Z czasem przestał na to zwracać uwagę, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że przyjazd do Ameryki nigdy nie był jej marzeniem. Zostawiła w Polsce świat, ludzi i życie, za którym tęskniła do bólu. W przeciwieństwie do niego. On nie miał w kraju nikogo, za kim by tęsknił. Jego wczesne lata były bardzo szczęśliwe i nic nie zapowiadało tego, co się stało potem. Piekło na ziemi gotują sobie ludzie, a jemu zgotowali rodzice. Nie rozpamiętywał, a potem wymazał zupełnie z serca bez żalu. Miał jednego przyjaciela od piaskownicy, na którego zawsze mógł liczyć, dlatego tak bardzo ucieszył się z przyjazdu Seby. Oczywiście, życzył mu zawsze jak najlepiej, ale fakt, iż stracił pracę i nie może utrzymać rodziny akurat teraz, kiedy tu w Stanach potrzebują każdej par rąk do pomocy, uznał za szczęśliwą monetę. Przyjaciel przyleciał i od razu w poniedziałek poszedł do pracy. W piątek wysłał pierwsze pieniądze do żony.  Nie było mowy, aby Seba wynajmował mieszkanie, podczas gdy z nimi bez problemu się mieścił. To tylko rok, szybko minie – tłumaczył Zosi, która ku wielkiemu zaskoczeniu podzielała jego zdanie. 

    - Nie. 
    - Nie? – powtórzył zaskoczony. 
    - Nie. Niczego nie żałuję. Za wyjątkiem...
    - Aha! Wiedziałem – przerwał jej triumfalnie. 
    - Nie ciesz się tak – odparła. – Za wyjątkiem studiów. Chciałabym mieć magistra, ale poza tym jestem prawdziwie szczęśliwa. Może nie zawsze zadowolona ze swojego życia, ale to na własne życzenie. Jestem dorosła, Oskar. Do niczego mnie nie zmuszasz. 
    - To fakt, bo ty łazisz własnymi ścieżkami, zupełnie jak kot. 
    - Co? Czego się teraz czepiasz? Jestem jak pies raczej. Wierny kompan twojej tułaczki. 
    - Tak, tak – szyderczo i z niedowierzaniem pokiwał głową Oskar. – O, Seba! – krzyknął, poderwał się, wstał  i pomachał.
    - Matko! Co tak długo? – zapytała z niedowierzaniem Zosia. – Co ty taki wesolutki? 

    Sebastian uśmiechnął się szeroko nic nie mówiąc. Ucałował Zosię w czoło. Założył ręce za głowę, przeciągnął się, ziewnął i pomaszerował w stronę samochodu puszczając do nich oko. 

    Przygotowania do ślubu przebiegały spokojnie, zresztą wszystkich gości było mniej niż na cywilnym. Największą trudnością było zarezerwowanie sali na 26 osób. Każdy się patrzył i nie dowierzał. W końcu zlitował się gadatliwy Brazylijczyk, właściciel „ All you can eat”, popularnego miejsca w Pompano Beach, gdzie można było skosztować ponad dwadzieścia rożnego rodzaju steków. Do restauracji zawiozła Zosię Julka, która ucieszyła się na wiadomość, że zostanie druhną. Do uroczystości został jeszcze tydzień, a wszystko już było dopięte. Suknia kupiona w second hand wisiała dumnie na wieszaku obok beżowego garnituru i dwóch białych. Sebastian co chwilę sobie żartował, że w siódmą rocznicę zamążpójścia należałoby wziąć raczej rozwód. Powoli dom zapełniał się gośćmi z Polski i gwar panował w rodzinie jak nigdy. 

    Zosia lubiła jeść śniadania na tarasie, bo jeszcze słońce nie otulało go swoimi gorącymi ramionami i czuć było odchodzący w niepamięć chłód nocy. Do ślubu zostało dwa dni. Jeszcze w piątek wizyta u manikiurzystki i wszystko dopięte na ostatni guzik. Piła kawę z mamą, która przyleciała kilka dni temu. Wzruszona opowiadała o okolicznościach w jakich poznała tatę. Nie przerywała jej choć znała tę historię na pamięć. Rodzinne anegdotki miały swój urok i mogła ich do znudzenia słuchać. Dzieci bawiły się w pokoju, gdy nagle dobiegł do nich przeraźliwy krzyk Briana. Wbiegła do salonu i zamarła. 

    - Tony! Tony! – wołała zrozpaczona Zośka. – Mamo! Chodź szybko, on nie oddycha! 
    - Dzwoń na pogotowie – krzyknęła przerażona babcia. 
    - Halo, halo – Zośka odłożyła słuchawkę i znowu klęknęła obok syna na dywanie, odepchnęła matkę i zaczęła potrząsać synem. Złapała go za nogi, obróciła głową w dół i zaczęła uderzać po plecach.

    Nie zauważyła, kiedy do domu weszli sanitariusze. Odepchnęli ją na bok i zabrali dziecko. W drzwiach pojawił się również szeryf, a na dole stała policja. 

    - Ale jak to możliwe? – Zosia płakała, patrząc z niedowierzaniem na lekarza. – Przecież ja w poniedziałek go szczepiłam i wszystko było w porządku, lekarz go badał. 
    - Rozmawialiśmy już z pediatrą i potwierdził dobry stan zdrowia syna. Nie wykluczamy, że to może być reakcja alergiczna na którąś ze szczepionek. 

    Cdn.

    Poprzedni odcinek znajdziesz TU 


    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!