• Wędrówką życie jest człowieka...

    Odkurzone | Gówniane spacerowanie


    Gówniane niedzielne spacerowanie

    Znacie to z polskich ulic i osiedli, prawda? Problemu psich kup nadal nie rozwiązaliśmy, a przyczyny leżą chyba w naszej kulturze i mentalności. A jak jest w Norwegii? Na pewno o niebo czyściej, jednak do ideału wciąż daleko :-)

    Nie ma to jak rodzinny niedzielny spacer po warszawskich Jelonkach. Niedawno powstał obok amfiteatru (który jest nota bene jedną z najlepszych inwestycji gminy Bemowo) nowoczesny plac zabaw jak i siłownia pod gołym niebem.

    Ponoć Polacy mają w naturze narzekanie, ale minionej niedzieli wręcz przeciwnie - wszyscy wydawali się być zadowoleni z życia i z siebie. Oczywiście nie było żadnych przejawów uśmiechu rodzica do rodzica, czy zdawkowego dzień dobry. Każdy zajęty sobą bądź pociechą, niemniej grymasów na twarzach też nie zaobserwowałam. Za to sama gotowałam się z każdym krokiem naprzód. Po pierwsze poczułam się oszukana przez słońce, które owszem, pięknie świeciło, ale nic poza tym. Taka ozdoba nieba, bo nadal zimno jak cholera. Postanowiłam się nie zniechęcać - w końcu dzieciaki muszą się wybiegać i z uśmiechem zawołałam:
    - Kto pierwszy na plac zabaw? I ruszyliśmy z kopyta, a tu nagle długa, pierwszy zawodnik leży. My dorośli powinniśmy brać przykład z dzieci, bo one po każdym upadku wstają i idą dalej. Dobiega do mnie płacz. A jednak...
    - Boli cię coś?
    - Nie.
    - To dlaczego płaczesz?
    - No... no... bo... - przysięgam, że troszcząc się równocześnie tracę wrodzony spokój.
    - Chodź, biegniemy dalej - zachęcam.
    - Ale ja mam całe ręce w gównie. I dziecko rozkłada dłoń, która oblepiona jest psimi odchodami. Staram sie uspokoić małego i mokrymi chusteczkami doprowadzam go do stanu prawie idealnego. Dobrze, że zabrałam ze sobą torbę - a miałam zostawić, bo przecież idę tylko tu obok domu - która jest wypchana Bóg wie czym w razie różnego rodzaju niespodzianek. Sytuacja opanowana, na buzi pojawia się uśmiech, a mi spada kamień z serca. Biegniemy dalej. Boisko szkoły zamknięte, wszak to jeszcze nie wakacje, a dzieci w czasie roku szkolnego powinny siedzieć przy książkach dzień i noc, a nie chodzić na spacery. Idiotyczny wymysł nowoczesnych rodziców, że mózgi trzeba dotlenić...

    Trawniki mokre, ale wchodzimy na nie. O zgrozo! Co krok to gówno. Trawnik zamiast krokusów porośnięty jest minami. Piłka juz cała brązowa, a ja w panice krzyczę - wycofujemy się! I stawiam krok do tyłu, centralnie zatapiając się w śmierdzącej papce. Mam dość, ale nie poddaje się, bo słońce piękne i szkoda dnia, a z gównami nie mam zamiaru przegrać. Plac zabaw cudownie na full wypchany i stanowczo za mały. Miał być większy, ale „zieloni” zaprotestowali, bo jakże to? A gdzie pieski miałyby biegać? Teraz to dzieci niczym małpy w klatce szaleją jak opętane wpadając na siebie, co rusz nabijając siniaki i rozwalając nosy, bo przeludnienie tu ogromne, a psy na hektarach radośnie dalej srają. Proszę nie pomyśleć, że ja nie lubię zwierząt, bo kocham całym sercem, ale właścicielom chętnie dziś dałabym pięć par butów do mycia, a najchętniej nasrałabym im sama na wycieraczki. Mam przed oczyma scenkę z Dnia świra, zastanawiając się, jak daleko mi do tytułowego bohatera?

    Dlaczego straż miejska nie może stanąć w parku i rozdawać jak świeże bułeczki mandatów właścicielom - po 500 złotych od jednego niezebranego gówna? Ileż to gminy miałyby pożytku, porządku i zadbanej zieleni, a i sejfy byłyby pełne pieniędzy... Przecieram oczy i nie wierzę. To nie mój pomysł mnie powalił, ale widok kobiety schylającej się z torebką foliową i sprzątającej po czworonogu! Szok! Chcę podejść do niej, uściskać ją i podziękować, że uratowała mój dzień i przywróciła wiarę w dobrego, odpowiedzialnego obywatela, ale ona w popłochu, jakby ze wstydem, że źle coś zrobiła ucieka ze schyloną głową. Cóż, rzeczywiście wyglądała dziwnie, jakby nie z tej planety. Taki przyjazny i dbający o innych, a przede wszystkim o swoje podwórko przybysz.

    Wracamy radośnie upaprani do domu. W sumie trzeba się śmiać, bo płakać nie ma co nad tym żenująco gównianym i stabilnym problemem, gdyż zmiany nie nadejdą szybko.

    Gówno rośnie nam radośnie
    Co się dziwisz, to przedwiośnie
    Zamiast kwiatów, trawy, bzu
    Mamy sto srających psów

    Mogło być pięknie i zielono
    Gdyby człowiek ruszył głową
    Sam po sobie gówno zbiera
    Mógłby i za przyjaciela!

    Tekst ukazał się pierwotnie 6 marca 2012 roku na łamach blogoportalu Neteor

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!