• Wędrówką życie jest człowieka...

    Dziewczynki w różowych kaloszach



    Poniższy post powstał w ramach projektu „BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” 
    Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości, by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową wyprawę po świecie z dziecięcych snów. Posłuchajcie!



    „Istnieje mapa bez krańców świata - są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce. Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy - nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj”.

    ***

    - Pospiesz się – krzyknęła zniecierpliwiona Ala.
    - Już idę, daj mi sekundę!
    - Karinka, dlaczego ja muszę zawsze na ciebie czekać? - zapytała rozdrażniona siostra i usiadła zrezygnowana na schodach. Podparła brodę rękoma i spojrzała z niedowierzaniem na zegarek. Z kuchni wybiegła mama, spojrzała w lustro, poprawiła włosy, nałożyła buty i stanęła w drzwiach.
    - Wychodzimy!

    Nie lubiły jeździć do ciotki Ziuty, bo przygłucha była i należało do niej krzyczeć. Poza tym cały jej dom pachniał lawendą, a każda minuta wydawała się wiecznością, ponieważ nie było nic u niej do roboty.

    - Kochane moje! Wchodźcie proszę.
    - Taka jestem za wami stęskniona! – dodały dziewczynki zaśmiewając się przy tym, bo powitanie od lat miało taką samą formę, co ciotce nie przeszkadzało, a je bawiło. Kobieta spojrzała na nie i ucałowała w czubek głowy. – Dokładnie. Jestem za wami stęskniona – powtórzyła. W czwartki zawsze jadły razem obiad i nawet gdyby się paliło, to przy stole musiały usiąść wspólnie.
    - A dlaczego jest talerz więcej? – zdziwiła się Ala, podając sztućce do stołu.
    - Bo dołączy do nas sąsiad. Jest teraz zupełnie sam – odrzekła ciocia.
    - Dlaczego? – zaciekawiła się Karinka. Zanim padła odpowiedź zapukał ktoś do drzwi.
    - Jaki pyszny obiad – powiedział pan Stefan. – A ile ty masz lat? – spojrzał na młodszą z sióstr.
    - Osiem.
    - A moja wnuczka dziesięć.
    - Dlaczego nie przyszła się z nami pobawić?
    - Bo jest bardzo daleko. Za siedmioma górami, w Krainie Fiordów – jego głos posmutniał. – Ona się czuje tam bardzo samotna, nie zna jeszcze języka, ma mało koleżanek i siedzi w domu, bo w Bergen wciąż pada deszcz.
    - To niewesoło – odparła ciotka. – Biedulka, musi jej być ciężko w obcym kraju, ale co my możemy poradzić.
    Wy nie – pomyślała Ala –  ale my możemy ją odwiedzić i pocieszyć. Spojrzała na siostrę, która wierciła się już na krześle nieprzeciętnie i wiedziała, że dokładnie to samo przyszło im do głowy.

    Po powrocie do domu, nie myśląc długo, wyjęły z szafy mapę, usiadły na wygniecionym papierze i mocno złapały się za ręce. Nagle Karinka wstała i w pośpiechu poleciała do szafy. Wyjęła z niej różowe kalosze.
    - Przydadzą się – szepnęła i złapała jeszcze drugie, po czym wróciła na miejsce i chwyciła siostrę za rękę.

    Ich oczom ukazały się śmiesznie krzywe kolorowe domki, które wyglądały jakby zaraz miały się przewrócić. W każdej witrynie sklepowej widniały trolle z wielkimi nosami i uśmiechniętymi buziami. Włosy im sterczały każdy w inną stronę, jakby potargał je wiatr.

    Bryggen to obecnie jedna z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Bergen - w 2011 roku nadbrzeże odwiedziła rekordowa liczba 869 686 turystów. Bryggen to restauracje, pracownie artystyczne, warsztaty rzemieślnicze, małe butiki, a nawet biura.

    - To jesteśmy w Bergen! – krzyknęła podniecona Karinka. – Ale tu pięknie! A tam, to pałac króla? – zapytała, wskazując na szary zamek tuż obok. Był ani mały, ani duży. Właściwie to pomyślała sobie, że taki mało majestatyczny jest i zwykły.
    - Tak, ale zwiedzimy go później, teraz musimy odnaleźć Basię. – Pamiętasz, po to tu jesteśmy, aby jej pomóc.
    - Ale właściwie to jak? – masz już jakiś pomysł?
    - Jeszcze nie. Na razie to mi zimno. Jestem cała mokra! Co za paskudna pogoda. Pada i pada.

    Bergen słynie z tego, że jest najbardziej mokrym miastem Norwegii. Trzeba mieć dużo szczęścia, aby trafić na słońce. Tubylcy jednak nie narzekają i mówią z dumą, że nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie.
    Zamek Bergenhus ze słynną salą Haakona IV jest unikalnym zespołem budynków w Bergen, z których najstarsze pochodzą z XIII w., a najnowsze z okresu II wojny światowej. W średniowieczu teren dzisiejszej twierdzy był znany, jako Holmen (wysepka) i pełnił funkcję królewskiej rezydencji; odbywały się tam królewskie koronacje, śluby i pochówki.

    Stały przemoczone do suchej nitki przed domem Basi. Zastukały. Drzwi otworzył starszy pan przypominający wystawowego trolla .Przestraszyły się go i miały zamiar się wycofać, niemniej on łagodnym głosem zaczął do nich mówić.

    - Co? Jaki kujon? My nie kujony, my koleżanki Basi. Chcemy z nią porozmawiać i pobawić się.
    Troll uśmiechnął się i przemówił ich językiem.  - Nie, nie mówię o kujonach, tylko proszę was abyście nie były tchórzami i śmiało wchodziły do środka.
    - Tak? - zdziwiły się dziewczynki i jeszcze nieśmiało, ale bez strachu przekroczyły próg.
    - Niektóre z wyrazów norweskich mają takie samo brzmienie jak po polsku, niemniej znaczą one zupełnie co innego. Tak jest ze słowem „kujon”, które tu oznacza tchórza.
    - Łatwo to zapamiętać! – podskoczyła z radości Karinka. – A gdzie Basia?
    - Tu – zza firanki wyłoniła się śliczna, niebieskooka dziewczynka. Miała na sobie sukienkę w kwiaty i balerinki za nogach, a we włosach kokardkę.
    - Przyjechałyśmy się z tobą pobawić.
    - A…To szkoda, tu się nie da bawić – powiedziała to tak smutno, że aż wszystkim zachciało się płakać. – Ciągle pada deszcz. Jest mokro i szaro.
    - Niemożliwe! – Karinka nie wytrzymała. – Musi przecież być jakiś sposób, aby bawić się w deszczu. – Ala, pamiętasz co czytałaś przed podróżą?
    - Że nie ma złej pogody? – podrapała się po głowie w zamyśleniu. Nowe miejsce, nowy język i zwyczaje. Czasami już się w tym gubi.
    - Właśnie! Basia, pokaż co masz w szafie! Zrobimy rewię mody i znajdziemy coś odpowiedniego na deszcz!
    Dziewczynki zaczęły się przebierać, bawiąc się przy tym wyśmienicie. W końcu i na Basi twarzy pojawił się uśmiech.
    - Nie! Nie wyjdę w tym! Wyglądam jak klaun!
    - Wszystkie wyglądamy jak tęcza! – zaśmiała się Karinka. Ala robiła różne miny do lustra i przymierzała przeciwdeszczowe kapelusze. W końcu wszystkie trzy były gotowe do wyjścia, by w końcu przejść się ulicami Bergen i wjechać na Fløyen, aby podziwiać miasto z góry.

    Spośród kilku wzgórz otaczających miasto, najbardziej spektakularny widok rozpościera się z punktu widokowego na górze Fløyen. Z centrum miasta kursuje na nią kolejka Fløybanen, będąca jedną z głównych atrakcji Bergen. Ze szczytu rozpościera się spektakularna panorama na miasto, fiord i okoliczne góry 


    Dziewczynki miały na sobie różowe kalosze, kolorowe płaszczyki przeciwdeszczowe i żółte kapelusze. Biegały skacząc w kałuże, śmiejąc się przy tym radośnie. Doszły do wniosku, że wjadą kolejką na górę, a zejdą z niej pieszo. Ich oczom ukazał się wspaniały widok. Góry dookoła miasta. Fiordy w dolinach.
    - O, spójrzcie tylko, wychodzi słońce. I jest tęcza!
    - Jaka duża! – zachwyciła się Basia. - Tak się cieszę, że wyciągnęłyście mnie na ten spacer. Deszcz nie jest taki zły – dodała,  po czym uderzyła lekko Karinkę w ramię i krzyknęła: – Berek! Goń mnie.
    Dziewczynki biegały radośnie, wskakując w każdą kałużę, która rozpryskiwała się na wszystkie cztery strony świata. Schodząc z góry napotkały wiele innych dzieci, które jak one bawiły się na dworze, bez oglądania się na to czy pada, czy też nie.
    - Chodźcie, zrobimy sobie zdjęcie przy tym trollu!
    Dziewczynki podbiegły do drewnianej rzeźby, stanęły obok niej i uśmiechnęły się szeroko.
    - Kogoś mi ta postać przypomina – Ala nie sądzisz, że podobny jest to tego pana co otwierał nam drzwi?
    - E…Nie – odparła.
    - A moim zdaniem tak. Karinka podeszła raz jeszcze do trolla i przysiadła na jego kolanie, a ten puścił do niej oko. – Wiedziałam – szepnęła. – Opiekuj się Basią, teraz już nie będzie siedzieć w domu ,ale jeszcze jakbyś pomógł jej w norweskim, to by było super!


    Dziewczynki w różowych kaloszach i żółtych kapeluszach wyglądały cudownie. Deszcz raz padał, raz przestawał, a one nic sobie z tego nie robiąc zwiedzały miasteczko i zamek króla. Tak niewiele trzeba, by się uśmiechnąć. By korzystać z życia. Bo deszcz nie może popsuć nam dnia. Wystarczy się dobrze ubrać i zabrać ze sobą dobry humor.
    - Taka dzielna ta moja wnuczka – westchnął z dumą dziadek, trzymając w ręku list i zdjęcia od Basi, zupełnie nie podejrzewając, że Karinka i Ala były po drugiej stronie obiektywu. Nawet ciotka niczego się nie domyśliła, choć sama podarowała dziewczynkom różowe kalosze.




    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!