• Wędrówką życie jest człowieka...

    Depresja po norwesku



    Idealna :) 
    Pada.

    Leżę zwinięta w kłębek pod kołdrą w różowo-czerwono-zielono-granatowe paski. Powinna być cała różowa, aby wnieść trochę miłości do sypialni. Czekam z bólem głowy na dzieci aż wrócą z treningu i podziwiam odporność ich młodych ciał na deszcz. Pogrążam się w niemocy. Nie potrafię zmusić się do pozytywnego myślenia, a nawet jakiegokolwiek bezradnego ruchu na rzecz aktywności fizycznej.



    Leżę i powoli rozgrzewając się marzę o ciepłych krajach. Niech mi nikt nie wmawia, że pogoda nie ma wpływu na nasz nastrój! Ma! Szarość jest najgorsza. Człowiek obojętnieje. Nic go nie obchodzi. Ma wszystko gdzieś. Leży i patrzy w sufit. Popękany. Jednak tutaj standard wynajmowanych mieszkań jest fatalny.

    Myślę sobie, że przyjdą chłopcy, to się podniosę i zrobię kolację. A może sami sobie zrobią. I ten wiatr. Mówi się, że depresji w Norwegii nie wywołuje deszcz, a właśnie te niszczycielskie prądy powietrzne.

    A gdyby tak jakaś trąba zabrała mnie stąd? Gdzieś na drugą stronę tęczy. Tam gdzie kwitną, jak przystało na maj, najpiękniej kwiaty. Kocham niezapominajki. I bez. Wzruszam się na widok staruszki trzymającej w ręku bukiet konwalii po 12 złotych. Takie zawieruszone wspomnienia bazarków osiedlowych. Brakuje mi ich. Ostatnio kupiłam sobie bambusa.

    Poprzedni pochodził z China Town w Chicago. Ten jest z Ikea, ale też chiński. Bez niespodzianek. Rośnie pięknie i bardzo szybko. Jak widać służy mu szaruga za oknem. Dimitris wyjechał do Stockholmu. Mówi, że nie bierze już swoich niebieskich, czy też zielonych tabletek szczęścia. Już nie są potrzebne. Wystarczyło zmienić kraj na bardziej przyjazny. Jak mówi, ludzie też są inni. Zazdroszczę na swój sposób wolności bezdzietnym.


    Narzekam z przyzwyczajenia, bo taka moja natura, nie lubię się wyróżniać. Jestem matką Polką, a tu z bananem na ustach wyglądam jak Norek, choć dupa i brzuch reprezentują kobietę z Wysp. Grubo i bez kompleksów. W 97' roku Londyn wyglądać musiał inaczej. Dziś go sobie nie wyobrażam, dlatego odwiedzić niebawem muszę. Może w angielskiej mgle odnajdę spokój, który zawieruszył się na rzecz stagnacji i zobojętnienia w kroplach deszczu? I ciuch sobie jakiś wystrzałowy kupię, bo tu ciężko znaleźć coś większego niż 44. Jakby w ogóle ktoś zapomniał, że duże jest kuźwa piękne! A nie?

    Spokój znacznie różni się od niemyślenia. Człowiek wyuzdany jest z rozsądku. Ma tępe, nic nie mówiące oczy, które patrzą w niebo z nadzieją, że jak ujrzą słońce, to za chwilę wszystko się zmieni. Promyk zadziała jak czarodziejska różdżka.

    Co więcej, tak właśnie jest. Dlatego mam zielone podkładki na stół z różami pięknie kwitnącymi i talerze niebieskie w tulipany. Trochę się poobijały, bo wkładając do zmywarki zawsze o kant zlewu zahaczę. I mam różowy komputer. Czasami wylatują z niego słowa amarantowe innym malinowe. Te malinowo słodkie, pełne optymizmu lubię najbardziej.

    O proszę! O wilku mowa. Słońce przedostaje się niepewnie, powolutku i jeszcze niewinnie przez chmur ciężkie barykady. Nie wie czy może tak bezczelnie wejść i rozwalić w drobny mak moje czarne myśli, którymi właśnie się opatuliłam po same uszy. To się nazywa tupet! Za szczytu góry wystawiło najpierw główkę, a teraz bezkarnie i w radosnych pląsach paraduje po jeszcze szarawym niebie!


    Niech to szlag. Nic. Tym razem nie udało mi się utopić beznadziei istnienia w depresyjnym szale.
    A było tak blisko. Każdy z nas tak ma. Wpada do jakiegoś bagna. Moje emigracyjne potrafi wessać mnie po samą szyję. Ale właśnie, jest jedno ale. Taka niechciana prawda. Nie ma takiego gówna, z którego nie da się wygrzebać. Potem wymyć. Otrzepać i pokropić się fiołkowymi perfumami, zostawiając wszystko za sobą.

    I jeszcze jedno, mój różowy komputer ma jak wszystkie inne, bo niczym poza magicznym kolorem się nie wyróżnia, przycisk delete. Jeden klik i koniec. Nie ma. A skoro nie ma, to nie warto się przejmować. Było minęło i nowe przed nami. A za oknem tęcza! Lecę, wdrapię się na nią!  Raz jeszcze spojrzę na wyciągające się leniwie całe mokre i utytłane w błocie Bergen. I jak tu nie kochać tego miasta?

    http://s3.flog.pl/media/foto/3238732_tecza-nad-bergen.jpg

    I jeśli deszcz to koniecznie kolor blue! - lubicie? Ja uwielbiam to wykonanie, od razu człowiekowi lepiej na sercu :-) Kurczę, ale to były fajne czasy! Takie gwiazdy spod "prawdziwej gwiazdy" na mokrym asfalcie w smutnym kolorze nieba...




    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!