• Wędrówką życie jest człowieka...

    Odzyskajmy polską dumę!


    Wchodzę w polemikę z Krzysztofem, dziennikarzem NaTemat, choć wiem, że jako niszowa blogerka mój post dotrze może do 500 osób, zatem można by rzec, że nikt mnie nie usłyszy.

    Krzysztofa artykuł krąży sobie dumnie po internecie. Jest całkiem zgrabnie napisany, niemniej martwi mnie to, że większość osób czytających przyklaśnie autorowi, pokręci głową w rezygnacji i z dezaprobatą uznają to co przeczytali za prawdę absolutną. Dziennikarz był w Norwegii, rozmawiał z ludźmi, podejrzał to i owo. Pisze, to wie. Na FB ludzie przekazujący sobie link piszą: smutna prawda, tak jest, oto obraz Polonii itd... A to nie jest tak do końca, właściwie to w ogóle nie jest tak!

    Nie spałabym spokojnie, gdybym nie wtrąciła swoich pięciu groszy w temacie. Nawet gdyby nikt mnie nie usłyszał, to i tak warto. Dla siebie i własnego sumienia. W obronie honoru Polaka, bo nie każde dziecko wstydzi się języka rodziców.

    "Mamo, mów do mnie tylko po norwesku". Dzieci emigrantów wstydzą się "języka sprzątaczek".

    Zaczynamy?
    Trudno wyliczyć wszystkie wady zjawiska emigracji. Ale jedną z zalet, przynajmniej dla młodego pokolenia, jest bez wątpienia dwujęzyczność dzieci urodzonych lub wychowywanych poza granicami Polski. 
    Nie wiem, co autor miał na myśli pisząc o wadach zjawiska emigracji? Patrząc na to, co dzieje się w Polsce, to emigracja ma tylko jeden, ale za to ogromny plus. Zmniejsza stopę bezrobocia w kraju! Nie w Norwegii, ale w Polsce - dla tych, co się pogubili.

    Czy zastanawialiście się co by było, gdybyśmy my, żyjący na obczyźnie Polacy, raptem zatęsknili i tak wszyscy naraz wrócili? To byłby problem dla Polski! Trochę szacunku do nas emigrantów proszę!

    Prawdą natomiast jest, że życie emigranta wcale nie jest proste jak się niektórym wydaje, a decyzja o wyjeździe jest godna podziwu, bo to bardzo odważne jest. Niewielki procent ludzi to globtroterzy, a zdecydowana większość to zdesperowani, zmęczeni ludzie, którzy w końcu powiedzieli sobie dość i podjęli życiową próbę. Należy ich dopingować, podziwiać i podglądać, co u nich słychać. Każda z historii emigracyjnych jest unikalna i warta napisania książki.
    – Dzieci wstydzą się polskiego – słyszę od Polki mieszkającej od lat w Norwegii. Sama również wychowuje córkę, która urodziła się już poza krajem. – Widzę po niej już teraz, że norweski wygra. Na razie więcej umie powiedzieć po polsku, ale chętniej posługuje się norweskim – mówi emigrantka. Moja rozmówczyni nie jest tym zaniepokojona. – To normalne – zapewnia.
    Rozmówczyni nie powinna być zaniepokojona. I potwierdzam - to jest normalne. Dziecko urodziło się w Norwegii, ma polskich rodziców i cały skandynawski świat wokół niego. Miesza języki i nie ma co się tym martwić, a wręcz przeciwnie - trzeba się cieszyć z tego, że dziecko będzie dwujęzyczne.

    Będzie, o ile ona o to zadba. Powinna. Jak my wszyscy mieszkający poza granicami ojczystego kraju. Dwujęzyczność to przyszłość dla naszych pociech. Tyle możemy im dać, skoro nie wychowujemy ich nad Wisłą.

    Dbajmy o to. Każda matka da radę! Będzie to trudne, ale da radę.

    Słyszę, że w polskich domach za granicą bardzo często źle się mówi o Polsce. – Gdy słyszą o kraju złodziei, to jak mają chcieć mówić w tym języku? Wstydzą się. My z Polski nie jesteśmy dumni, a oni z Norwegii jak najbardziej. Gdy mój mały syn bawił się norweską flagą i rzucił ją na podłogę, to sąsiadka zwróciła nam uwagę. 
    Tak jest, po części. Niemniej nie zgadam się. Nie zgadzam się, aby tak było! Jestem przeciwnikiem wrzucania wszystkich do jednego worka! Będę z tym walczyć. Tak jak tylko potrafię. Ludzie narzekają, bo ojczyzna ich zawiodła. Zmusiła do emigracji. Nikt z własnego widzimisię nie emigruje. Nie skazuje siebie i bliskich na tułaczkę, tęsknotę i niepewny los.

    Można oczywiście polemizować i wskazać tysiące osób świetnie dających sobie radę w Polsce, tych w większych miastach, ale ogólnie życie nas nie rozpieszcza. Nie ma klasy średniej. Jesteśmy bardzo bogaci albo jako tako egzystujemy.

    Nie zawsze z magistrem przed nazwiskiem, ale z mądrością życiową, niebojący się ciężkiej pracy. Ci, którzy nie dawali sobie rady bądź nie widzieli dalszego sensu w tkwieniu w bagnie odważyli się i wyjechali. Jeśli mówią o kraju złodziei, to na myśli mają polityków. Ludzi, którzy ograbili Polskę, a jej szczątki rzucili na pożarcie Unii Europejskiej. Każdy Europejczyk zarabia więcej przy tańszych kosztach utrzymania. To co jest normalne - u nas wciąż luksusowe. Jesteśmy murzynami Europy.

    Błąd, że swoje myśli emigranci wyrażają na głos przy dzieciach. One świat widzą w innych kolorach. To raz, a dwa - historii uczą niekompetentni nauczyciele często pozbawieni szacunku do własnego kraju. Dlatego większość nie wie, że jako naród mamy być z czego dumni. Musimy o tym głośno mówić. Komuna mocno wyprała nas z poczucie wartości i godności.

    Emigranci nie wstydzą się Polski, a czasów i rządów w jakich przyszło nam żyć. A to wielka różnica.

    Gdy dzieci dowiedziały się, że jestem z Polski to powiedziały: "z Polski, to ja mam sprzątaczkę". Ktoś inny dodał: "Mój tata zawsze jak coś remontuje to bierze Polaków, bo są tani i dobrzy". Powiedziały też, że wyglądam jak Polka, bo mam paski na włosach". Kasia, Polska emigrantka w Norwegii. 
    Kasia powinna odpowiedzieć małym Norwegom, że cieszy się z tego, iż znają już inne osoby z Polski, bo teraz będą miały panią przedszkolankę. I już. To, że tata bierze do remontu Polaków oznacza, że dobrze pracują i wie, że praca zostanie wykonana szybko i profesjonalnie w przeciwieństwie do Skandynawa, który niestety nie ma drygu do pracy fizycznej. Logiczne, jak i to, że nie zrobi mu remontu azylant, który jeszcze w Norwegii żadną pracą się nie zhańbił. Dzieciakowi należy zamknąć buzię tłumacząc to i owo.

    Jedyny problem, który rzeczywiście jest powodem do niezadowolenia, to brak szacunku do siebie i niewytłumaczalny wstyd. Musimy zacząć chodzić z wypiętą piersią, a nie ze spuszczoną głową.
    Pomyślcie rodacy, przecież nie mamy czego się wstydzić! A już na pewno nie swoich umiejętności. Emigracja to proces. Długi, często bardzo wyboisty, ale warty poświęcenia, a przynajmniej sprawdzenia swoich sił w nowych warunkach.

    Musimy być dla siebie wyrozumiali. Najpierw praca, bo proza życia nie pozwala na kapryśne spełnianie marzeń. Potem język, budowanie relacji, poznawanie nowego środowiska, by w końcu zacząć robić to, co zgodne z naszym wykształceniem, bo wielu robotników i sprzątaczek ma co najmniej półwyższe wykształcenie, jak nie wyższe.

    Możemy wszystko! Musimy tylko w to wierzyć! To jest czas i miejsce. Tyle już każdy z Was zrobił! Przeszedł! Nie po to, aby uciszyć zew serca, ale aby jemu przygotować przestrzeń i możliwości do działania.
    Wśród norweskiej emigracji właściwie nie ma przedstawicieli inteligencji. Podobno to się zmienia, ale ja tego nie dostrzegam. Lekarze, prawnicy - ci rodzice bardziej dbają o polskość w swoich domach. Ale większość emigrantów to jednak robotnicy. Szybko się dorobili i niekiedy chcą być bardziej norwescy niż Norwegowie. Nauczycielka w Polskiej szkole w Norwegii. 
    Uwielbiam takie wypowiedzi. Mają w sobie tylko gówno-prawdę. Po pierwsze lekarze i prawnicy nie mają jakiś nadprzyrodzonych zdolności w wychowywaniu dzieci dwujęzycznych. Nie kochają inaczej. To indywidualna sprawa każdego z nas jak dbamy o polskość w rodzinie. To ma się w sercu. Potrzebę taką wynieśliśmy (lub nie) z własnego domu.

    Tysiące, setki osób mówi w domach w ojczystym języku i pielęgnuje nasze tradycje tak jak potrafi.
    Po drugie "robotników" należy edukować, organizować warsztaty dotyczące wychowania dwujęzycznego dziecka. To, że czegoś nie wiedzą albo nie zauważają problemów nie oznacza, że tak ma pozostać! Organizacje, ambasady, ośrodki, szkoły powinny za punkt honoru postawić sobie budowanie pozytywnego wizerunku Polaka za granicą poprzez różnego rodzaju lokalne inicjatywy. Wychować dwujęzyczne dziecko to nie lada sztuka i tu należy skupić naszą uwagę i zrobić wszystko, aby uzmysłowić to zagubionym rodzicom na emigracji. Dwujęzyczność dziecka to zupełnie nowe dla nas wyzwanie.

    My nie musimy wszystkiego wiedzieć. Proszę pomyśleć. Lekarz z prawnikiem nie walczą o byt. Mają zupełnie inny start i nie można go porównywać do przeciętnego Kowalskiego. Nie wiem, czy dorobkiewicze chcą tak za wszelką cenę być bardziej norwescy? Może zwyczajnie odcinają się od tej Polonii zazdrosnej i zawistnej, bo nie możemy udawać, że takowej nie ma. Trudno powiedzieć, niemniej my, Polacy w Norwegii, nie wyglądamy tak źle jak nas z każdej strony opisują. Zaś dzieci jak to dzieci - mają swoje etapy w życiu, od miłości po nienawiść do kraju ich rodziców i wierzę, że my potrafimy to zrozumieć oraz mądrze pokierujemy swoimi pociechami.

    To takie gender emigracyjne - ile w tobie, powiedz dziecko, Norwega w Polaku, a ile Polaka w Norwegu? Okropne! Proszę nie róbmy tego! Nie dajmy się zwariować! Problemem nie jest to, który język dziecko będzie bardziej znało, faworyzowało i używało, a to czy będzie miało przynależność narodową. Który kraj nosi w sercu? Tożsamość! Czy my rodzice potrafimy ją mu dać?

    Przynajmniej ja to tak widzę.

    Nie pozwólmy naszemu dziecku być bezpańskim cyborgiem!

    Lepiej niech będzie Norwegiem, którego rodzice są z Polski niż dzieckiem, które nie wie kim jest. Które nie potrafi się odnaleźć w Polsce, ale i nie czuje się związany ze Skandynawią. Które nie wie, gdzie jest jego serce i stojąc pomiędzy granicami obu krajów rozkłada ręce. Nie potrafi żyć tu ani tam. Tragedia! Na to nie możemy pozwolić!

    Oczywiście najlepiej, aby było Polakiem mieszkającym w Norwegii i wykorzystywało nasze narodowe cechy do budowania szczęśliwego życia w Krainie Fiordów. Niemniej to nie nam o tym decydować. Mamy mnóstwo bardzo unikalnych wartości jako naród i nie można wstydzić się ich nazwać po imieniu przy dziecku!

    Link do problematycznego tekstu: http://natemat.pl/146993,mamo-mow-do-mnie-po-norwesku-dzieci-emigrantow-wstydza-sie-jezyka-sprzataczek

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!