• Wędrówką życie jest człowieka...

    Wracam w obie strony


    I po wakacjach...

    Długo na nie czekałam, bo odwiedziłam moją Polskę. Tak, wiem... Nie ma się czym podniecać, bo to wszak nie Key West czy Indie, a szara, nudna i przede wszystkim zmęczona upałem ojczyzna.

    Tęsknota...
    Tym razem tęskniłam. Nawet zbytnio wiosną nie angażowałam się w szukanie pracy, aby właśnie gdy nadejdzie ten czas nie być w sidłach umowy i terminów odgórnie ustalonych. Pojechać musiałam. Śniłam po nocach Warszawę. Wrócić choć na chwilę. Bez strachu jak to było w przypadku powrotu z USA. Bilet mam i po trzech tygodniach pojadę do Norwegii. Wrócę do domu z domu. Jakie to banalnie proste.

    Dom...
    Słowo "dom: na emigracji przyjęło zupełnie nowe znaczenie, jak i zresztą wiele innych wyrazów. Dom absolutnie nie jest związany z miejscem. Budynkiem. Adresem. Dom to przestrzeń, w której moja rodzina jest razem. Gdzie zasiada do śniadania. To może być wszędzie, choć kiedyś musiało być wyłącznie w Polsce. Inaczej to nie dom. A poczekalnia dla kolejnych lat.

    Polska autostrada...
    Przekraczam granicę. Boże! Nie ma ani w Danii, ani w Szwecji, ani nawet w Niemczech tak wspaniałej autostrady! To, że płatna nie przeszkadza mi. Ważne, że jedzie się wygodnie. Szybko. Do Warszawy zostało niecałe 150 kilometrów. Na całej trasie ani jednej reklamy. Dziury. Pusto. Wiem, że jest to najdroższa droga w Europie, ale na litość Boską - stać mnie na nią, a teraz mi nie w głowie polityczno-ekonomiczne rozprawy! Nic mi humoru i radości z obcowania z moją ojczyzną nie zabroni. Autostrada do nieba!

    Mandat?...
    Na pierwszym dużym skrzyżowaniu w centrum miasta zatrzymuje nas policja. Dają pouczenie, bo nie za bardzo Panowie wiedzą, co mają zrobić z norweskim prawem jazdy. Dopytują się, czy auto na raty i jak się żyje, po czym życzą miłych wakacji. Trochę dziwią się, że akurat tu, ale słowo "tęsknota" zamyka im usta.

    Tęsknota po raz drugi...
    Bo za Polską się tęskni. Nie za pierogami, bo na emigracji człowiek staje się mistrzem rodzimej kuchni. Nie za językiem, bo w domu i ze znajomymi zawsze rozmawia się po "naszemu". Nie za kulturą, ludźmi, sklepami czy krajobrazami. Tęskni się za przynależnością. Tożsamością. Bo Polak nigdy nie przestanie być Polakiem, nawet gdyby przeżył całe życie w Chinach czy na Alasce. Ten pierwiastek polskości zawsze powraca. Jak bumerang atakuje nas nie wiadomo kiedy. Na każdego przyjdzie czas.

    Pogrzeb...
    A ja się starzeję. Myślę o swojej śmierci i miejscu pochówku. Kocham Norwegię, kocham Florydę, a Polskę? Nie do końca. Nie miłością bezwarunkową. Nie potrafię, bo dlaczego u licha muszę się włóczyć po świecie? I niech mi nikt nie mówi, że to mój wybór. Ja jak lwica walczę o swoje stado. Dzieci muszą jeść i chodzić do szkoły. I nie stać mnie było na trójkę w Polsce. Wegetacja prowadzi do wielu chorób duszy, a ja chcę choć trochę zaznać spokoju. Czy mam wygórowane oczekiwania? Tak, egoistycznie w pogoni za lepszym życiem opuściłam kraj, ale... umierać chcę tu. Tylko tu. Pod starym dębem. W grobowcu rodzinnym chcę spocząć. Nie ma w tym logiki. Żadnej. To tylko dowód na to, że moje serce jest tu. Ja go nie rozumiem. Ty też nie próbuj. Tak jest i tyle.

    Warszawa...
    Warszawa majestatyczna. Ładna. Wyludniona. Na marne szukać w sklepie zimnego napoju. Wszyscy na wszystkim oszczędzają. Drogo. Właściwie niewiele taniej niż w Norwegii. Znowu zaczynam się zastanawiać jak ludzie żyją. Jak to możliwe, że jeszcze nikt nie wyszedł na ulicę. Nie odzywam się, choć we mnie kipi. W końcu ceny są takie same jak w całej Europie, a może i drożej niż w Niemczech czy Francji, a wypłata? Szkoda słów. Ale co ja wiem o życiu. Ja emigrantka. Mnie się tu nie lubi. Często słyszę - wyjechała, to niech tam siedzi. Siedzę. Owszem, ale są takie dni, że jadę do Polski. Wracam do siebie. Muszę, bo inaczej zwariuję.

    Chłopcy...
    Dzieci - szczęśliwe. Latają na dworze jak spuszczone ze smyczy psy. Nie mają ograniczeń. Nie boją się niczego. Z ich barek zdjęty jest strach przed Barnevernet. Bo to duzi chłopcy są i rozumieją już wiele. Urząd norweski do spraw dzieci ostatnio jest postrachem wszystkich, nie tylko dorosłych. Synowie znają numery telefonów do nas. - W razie jak nas zabiorą uciekniemy. Zadzwonimy - mówią. Po kilku dniach totalnego szaleństwa, truskawek, czereśni i serka wiejskiego oświadczają mi, że chcą do domu. Jestem w szoku. Kolegów nie mają, bo jak tu się zaprzyjaźnić, gdy każdy przeklina i rzuca się do bitki? Zauważam, że po kilku dniach na podwórku mówią do siebie po norwesku.

    Zakupy...
    Ziajka - moje odkrycie. Zakupiłam kremy, szampony, toniki. Tanie. Dobre. W Norwegii takich nie kupię. Mowy nie ma! I mielonkę tyrolską - smak mojego dzieciństwa. Upycham ptasie mleczko.


    Wyjazd...
    Nie chcę wyjeżdżać. Nie tym razem. Mam niedosyt spotkań ze znajomymi, rozmów, spacerów. Mąż już ciągnie do domu, a ja znowu nie wiem, gdzie jest ten dom?

    Wracam z domu
    Do domu...
    Cieszę się przez łzy
    Tęskniąco, wyczekująco
    Anomalia codzienności
    Przerażające, że tam
    ...To bardziej niż Tu
    Serce rozdarte
    Jak zawsze
    Nie ukrywa smutku
    Radości powrotu


       

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!