• Wędrówką życie jest człowieka...

    C jak cena emigracji | Alfabet emigracyjny


    Kolejna literka alfabetu emigracyjnego. Dziewczyny już są na E, ale ja jak zawsze w tyle, a to dlatego, że... no właśnie. Chciałabym powiedzieć, że nie mam zwyczajnie czasu i w ten sposób rozpocząć dywagacje na temat C jak czas, a raczej jego notoryczny brak, ale założenie było zupełnie inne i będę się go trzymać.

    Emigracja to CENA jaką płacimy za swoje życiowe decyzje. Ktoś może powiedzieć, że za głupotę, inny zaliczy to do aktu odwagi. Jakkolwiek by nie było, rachunek płacimy my i nikt więcej.

    Zatem kochani, jaka jest cena emigracji?

    Samotność...

    Samotność wśród ludzi. Często o tym myślę. Niby włóczę się po świecie z rodziną. Mężem i dziećmi. Wokoło mnie mnóstwo fajnych osób. Poznaję ich codziennie. Zaprzyjaźniamy się. Spędzamy ze sobą czas, a jednak przychodzą takie dni, kiedy czuję się bardzo samotna. Gdy rodziłam pierwszego syna, nie było przy mnie mamy. Płakałam w poduszkę. Po cichu, aby nikt tego nie zauważył. Gdyby nie emigracja, pewnie częściej widywałabym się z bratem i spędzałabym z jego rodziną więcej czasu. I zapewne miałabym wciąż przy sobie dozgonnych przyjaciół, bo po wielu latach nieobecności okazało się, że "prawdziwy przyjaciel" nie istnieje, a przynajmniej w takim moim wyobrażeniu. Bo dla mnie jak przyjaźń, to po grobowe deski, a nie do półmetka.

    Tęsknota...

    Tęsknota przede wszystkim za krajem. Nigdy się nie kończy. Nawet gdy nam się wydaje, że mamy gdzieś to, co się dzieje w Polsce, nie bierzemy udziału w wyborach, nie oglądamy telewizji, a po każdej wizycie w ojczyźnie jesteśmy zwyczajnie chorzy to i tak, raz na jakiś czas, dopada nas nie wiadomo skąd ogromna tęsknota. Boli. Spada na nas jak grom z jasnego nieba i nie odpuszcza. I ser biały z kiszonymi ogórkami pachną najpiękniej.

    Gdybanie...

    Wciąż pytam siebie, jakby moje życie wyglądało, gdybym nie związała się z Dariuszem, którego fascynował wielki świat. Jakie miałabym życie, gdybym pozostała z jakimś Markiem czy Arturem, tam w Warszawie. Albo gdybym w ogóle nie wychodziła za mąż (wersja mało prawdopodobna, bo ja nie nadaję się do życia w pojedynkę), albo nie w wieku 24 lat, tylko znacznie później z większą życiową mądrością. Co byłoby, gdybym nie przerwała studiów i na rzecz emigracji nie porzuciła pracy i związanych z nią możliwości? Pewnie wtedy też pisałabym zupełnie inny tekst bądź nie pisała go wcale.

    Nadawanie znanym rzeczom nowych znaczeń...

    To dość osobliwe zjawisko. Po latach emigracji stwierdzam, że są takie słowa, które mają zupełnie inne znaczenie dla nas na obczyźnie. Pierwszym z nich jest dom. To nie są już cztery ściany, jakieś konkretne w określonym miejscu. To też nie M2 kupione na kredyt. Dom to miejsce, w którym rodzina siada wspólnie do posiłków. Domów może być wiele. Jak i powrotów do niego, choć fizycznie może w ogóle nie istnieć. Nie na własność... Ja mam domów kilka. Każdy mój, jedyny, kochany i tak samo ważny. Były, teraźniejszy, przyszły. I zawsze mówię, że wracam do domu jadąc Polski, do Norwegii i jak w końcu zjawię się na Florydzie, to też wrócę do siebie. Szaleństwo, bo aktu własności nie posiadam.

    Powrót do przeszłości

    Istnieje. Nie trzeba mieć nadprzyrodzonych zdolności, aby cofać się w czasie. Oczywiście, że widzę jak Polska się zmienia, niemniej mam wrażenie, że dla mnie Warszawa zastygła. Zatrzymał się czas w chwili, kiedy wyjechałam. Wszystko powraca do życia, gdy przekraczam granicę. Czasami tylko nie nadążam za swoimi znajomymi, gdy w rozmowach pojawiają się nazwiska celebrytów, których zupełnie nie znam albo gdy na ulicy jakaś kobieta, pomarszczona jak pomarańcza, zagaduje do mnie jak do starej znajomej. Cóż, można się pogubić, gdy szuka się dziewczęcych rys z liceum. I bardzo się dziwię, gdy w kiosku po przeciwnej stronie ulicy Człuchowskiej nie siedzi Pani Arak, bo przecież siedziała wczoraj... to znaczy piętnaście lat temu.

    U siebie czyli gdzie?

    U siebie nie istnieje. Może gdybym w życiu nigdzie nie wyjechała, to w Warszawie czułabym się jak ryba w wodzie. Ale wyjechałam. W Polsce czuję się najbardziej u siebie, prawie taka sama, choć zupełnie inna niż wszyscy. W Deerfield Beach czułam się też prawie jak w domu i Bergen jest nim w 99 %.

    Po wielu latach emigracji wciąż nie udało mi się uzupełnić tego nieokreślonego braku, który zawsze jest we mnie. Jakiejś nieuchwytnej tęsknoty za czymś, czego nie potrafię nazwać, wiecznego niedosytu, który z wiekiem się pogłębia i pogłębia. Mam nadzieję, że nie wiecie o czym mówię, bo to niezbyt fajne uczucie.

    To tyle... Nie wiem czy cena emigracji jest wysoka w porównaniu do tego, jaką płacą moi rodacy będąc w Polsce, czy też jest wymierna do tego, co dostaję w zamian. Myślę, że nie czas nam jeszcze prosić o ostateczny rachunek...


    Pierwszy wpis z cyklu ALFABET EMIGRACJI znajdziecie klikając poniżej na literkę A 

    a ą b c ć d e ę f g h i j k l ł m n ń o ó p q r s ś t u v w z ż ź





    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!