• Wędrówką życie jest człowieka...

    E jak emocje na emigracji | Alfabet emigracyjny



    O ile łatwiej by nam się żyło, gdyby nie kierowały nami emocje. Oczywiście niezależnie od tego, czy żyjemy w Polsce czy na Tajwanie, nasze życie nie skąpi nam najrozmaitszych sytuacji, w których podejmujemy decyzje pod wpływem silnych uczuć. Emigracja nauczyła mnie jednego. Panowania nad nimi.

    Na początku był chaos

    Miałam 25 lat. Bardzo dobrą pracę, która nie tylko dawała mi pieniądze, ale i możliwość rozwoju osobistego. Jako świeżo upieczona mężatka czułam, że moje życie idzie w dobrym kierunku. A jakże! Scenariusz jak setki innych. Miałam również za sobą mały epizod podróżniczy. Spędziłam rok w Anglii, gdzie poznałam wspaniałą kobietę i jej syna, z którymi przyjaźnię się do dziś. Wtedy też podjęłam najważniejszą decyzję swojego życia - nigdy więcej nigdzie nie wyjadę! Nie nadaję się na mieszkanie z dala od rodzinnego domu, przyjaciół i warszawskiego gwaru. Tu jest moje miejsce na ziemi.

    Nigdy nie mów nigdy - i kto to powiedział?

    Zaledwie dwa lata później siedziałam tak samo przestraszona co podniecona w samolocie do Miami. Nikt nie mógł zrozumieć mojej decyzji. Pukano się w głowę. Zresztą sama nie mogłam zrozumieć, jak mój mąż mógł tak mnie wywlec na koniec świata, wiedząc, że się nie nadaję. Jak ja dałam się w to wplątać? Na to pytanie do dziś nie znalazłam odpowiedzi. Wiedziałam jednak, że życie to nie bezsensowna egzystencja i chcąc nie chcąc podjęłam wyzwanie, jakie postawiło przede mną małżeństwo. Wtedy wszystko się zmieniło i nigdy już nic nie było takie jak dawniej... Nie jest i nie będzie. Nie żałuję. Chyba... bo nic nie jest już takie proste.

    Narodziny samoświadomości

    Myślałam, że mnie to nie dotyczy. Często mówiłam o sobie jako kimś kompletnie zagubionym we własnych emocjach, które o dziwo perfekcyjnie umiałam nazwać. Często siadałam na tarasie z kubkiem herbaty i patrząc na wodę śledziłam swoje uczucia minuta po minucie. To fascynujące jak łatwo umiałam przejść z głębokiego poczucia samotności we wszechświecie do pełnego zadowolenia z tego, co dzieje się tu i teraz, by za chwilę płakać głośno z tęsknoty i rzucać w ścianę czym popadnie.



    Im dalej w las...

    Im dłużej siedziałam na Florydzie, tym lepiej umiałam panować nad własnymi emocjami. Dość szybko otrząsałam się ze smutku czy niepokoju, który często towarzyszył mi w pierwszych latach. Bałam się najbardziej tego, że nie dam rady. Tak zwyczajnie. Zawieść innych to pół biedy, ale zawieść siebie to już większy kaliber emocji, z którymi mogłabym sama sobie nie poradzić. Wypychałam więc depresję za okno, aby się usmażyła na słońcu, a sama wychodziłam do znajomych na kawę. Wiadomo, szczera rozmowa z przyjaciółmi ma moc uzdrowicielską. Czasami kilka razy w tygodniu rodziłam się na nowo.

    Motywowanie się

    To zajęło mi więcej czasu. Właściwie najdłużej, bo nie umiałam nadać swojemu życiu odpowiedniego kierunku, a rodzenie dzieci i macierzyństwo, choć najwspanialsze na świecie, to samym w sobie celem nie było. Jakoś życie płynęło prozą nie na miarę nagrody literackiej, a ja miałam wrażenie, że gdzieś po drodze zagubiłam siebie. Wtedy zaczęłam walczyć. Tak! Dokładnie. Zaczęłam sięgać po książki i chodzić na szkolenia, które pokazały mi, co to jest samokontrola emocjonalna. Bo ja niecierpliwa jestem i zawsze wszystko na już chcę, a to bardzo źle. Cierpliwość to cnota, zaś odkładanie w czasie zaspakajania pragnień i popędliwości leży u podstaw wszelkich życiowych osiągnięć.

    Stan uniesienia twórczego

    Do dziś mam problemy z wprowadzeniem się w ów trans, ale staram się jak mogę. Dlaczego? Otóż moja głowa jak nigdy dotąd właśnie tu na emigracji jest pełna pomysłów. Każda osoba obdarzona taką zdolnością wprawiania się w stan uniesienia twórczego, może uzyskać wybitne osiągnięcia we wszystkich dziedzinach. Właściwie do czego się nie zabiorą te natchnione istoty, to im się zwyczajnie udaje. I mi się uda. Udaje.

    Emocje u innych - a co mnie to obchodzi?

    To było dawno, dawno, dawno temu. Dziś potrafię zrozumieć ludzi, którzy przeżywają bądź przeżyli lub pragną przeżyć to co ja. Moja empatia opiera się na własnej samoświadomości uczuciowej i myślę bezczelnie, że jest ona fundamentalną umiejętnością obcowania z ludźmi, których kocham. Jesteśmy jako homo sapiens wspaniali. Nic dodać, nic ująć.

    Kontakty z Polakami na emigracji to takie "Trudne sprawy"

    To wciąż wulkan niekontrolowanych emocji, które zalewają świat hejtem oraz brakiem zrozumienia, miłości i szacunku. Tu w Norwegii to osobliwe zjawisko, które mogłoby stanowić dla niejednego pretekst do analizy zachowań rodaków na emigracji. Mógłby się ktoś pokusić i przeanalizować zachowanie kobiet w mediach społecznościowych. Mam na myśli Facebook i grupę Koleżanki w Bergen, którą obserwuję od jakiegoś czasu. Tu zauważamy lekceważenie uczuć innych grupowiczek, pogardę i brak jakiegokolwiek szacunku do rozmówczyni, co w ostateczności może doprowadzić "ofiarę" do całkowitego wycofania.


    Co ja mam do tego? Nic... Właściwie nic, choć coraz częściej odkrywam w sobie większe pokłady cierpliwości. Chciałabym pomagać ludziom w lepszym kierowaniu przykrymi emocjami, które mogą pojawić się w nowym miejscu, gdy wciąż napotykamy przeszkody. Złość, niepokój, pesymizm i poczucie osamotnienia to jedne z wielu, z którymi dla zdrowia nie tylko psychicznego należy walczyć.

    Życie na emigracji nauczyło mnie, że panowanie nad własnymi emocjami to jedyna skuteczna metoda, by nie zwariować i nie chorować. Niby takie to wszystko proste... a jednak wciąż życie płata nam figle i zaskakuje nieprzewidywalnością zdarzeń. Mimo to kocham swoje tu i teraz w deszczowym i melancholijnym Bergen

    A Ty z jakimi emocjami zmagasz się na emigracji?

    Zdjęcia pochodzą z: http://www.freeimages.com





    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!