• Wędrówką życie jest człowieka...

    "Obce niebo". Rodzina patologiczna?



    Zanim zdecydowałam się pokazać Polakom w Bergen "Obce Niebo" przeczytałam kilka recenzji. Dobrych recenzji. Film zwyciężył w konkursie Polskich Filmów Fabularnych, zaś Agnieszka Grochowska odebrała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na festiwalu w Gdyni. Wstrząsający, zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami dramat o polskim małżeństwie, które traci w Szwecji prawa do opieki nad własnym dzieckiem wydawał mi się strzałem w dziesiątkę. Temat bliski naszym sercom także tu, w Norwegii.

    Nie obejrzałam go w internecie. Czekałam na dzień, w którym zobaczę go na dużym ekranie i niestety zawiodłam się. Bardzo się zawiodłam. 

    Jeśli zdaniem krytyków rodzina była wzorowa, a powód utraty dziecka błahy, to chyba oglądaliśmy dwa różne filmy. Mam ogromny żal do producentów, bo nie tak wygląda kochająca się rodzina. Ani ta w Polsce, ani ta na emigracji. Po raz kolejny stawiamy siebie, Polaków, w złym świetle. 

    Matka, bardzo zimna i niedostępna, ponura kobieta, masuje w domu podejrzanych typków. Ojciec, który okazuje dziecku więcej zainteresowania i uczuć na boku ma kochankę, a dziewczynka pozostawiona sama sobie w nowej sytuacji nie radzi sobie z własnymi emocjami. Podczas wizyty urzędniczki rodzice palą i zachowują się bezmyślnie, są pozbawieni jakiegokolwiek rozeznania w sytuacji. Matczyne uczucia sprowadzają się tu do uszycia sukienki na urodziny dziewczynki, za której pobrudzenie mała na oczach pracownika socjalnego dostaje klapsa. Niby nic... Zbieg niefortunnych okoliczności i tragedia gotowa. Dziecko zostaje odebrane. Czy słusznie? Przecież nic w sumie się nie działo. Niemniej w mojej głowie jakaś niechęć do tej rodziny się pojawiła. 

    Dom, który pokazany był jako normalny daleko odbiegał w moim odczuciu od normalności. Brakowało w nim naszej polskiej opiekuńczości. Uśmiechu. Radości. Przecież my, matki na emigracji, dajemy z siebie o wiele więcej niż możemy. Jesteśmy przy dzieciach i dla dzieci. Zwracamy uwagę na każdy szczegół. Dbamy z siebie o wszystko. Interesujemy się nowymi kolegami, szkołą, nastrojem dziecka. Dbamy o to, aby w nowej sytuacji to właśnie jemu było jak najlepiej, nawet gdy sami borykamy się z problemami są one poza dziećmi.  Rozmawiamy. 
    Owszem, popełniamy błędy, które swoje podłoże mają w braku znajomości języka, kultury i norm społecznych w miejscu, w którym przyszło nam żyć, ale nadal jest to dom pełen miłości. Ja sama nie wiedząc, że w Norwegii nie wolno dzieciom jeść słodyczy w ciągu tygodnia (co uważam, za największą obłudę norweskiego modelu, gdyż poza szkołą dzieciaki mają umorusaną buzię słodkościami, że na sam widok mdli) dawałam do szkoły dziecku bułkę z masłem czekoladowym. Aż w końcu zwrócono mi uwagę i chcąc nie chcąc, będąc nie u siebie, uszanowałam panujące tu zwyczaje dla dobra swojego dziecka i całej rodziny. 

    Rzetelnie przedstawiono funkcjonowanie urzędu. Bezlitosne przepisy i władza urzędników, którzy dziecko traktują jak rzecz, która poprawić ma życie tych, którzy go nie mają. Zero wsparcia dla rodziny, która ma problemy na tyle małe, a z drugiej strony na tyle typowe dla emigrantów, że wystarczy dobry psycholog. Wystarczy okazać serce.

    Nie ma pomocy. Nie ma żadnych rozwiązań, a przecież na każdym spotkaniu dotyczącym pracy urzędu chroniącego dobro dziecka mówi się, że odebranie go rodzinie jest ostatecznością.  Że zanim to nastąpi, opracowuje się inne rozwiązania. Rodzina zostaje objęta opieką. Często, nader często nie ma to miejsca i dlatego tak bardzo jesteśmy przerażeni i trudno nam się dziwić... 

    Film ten bardzo mnie zasmucił. Nie tak go sobie wyobrażałam. Myślałam, że obraz rodziny będzie zupełnie inny, co wzmocni tylko dramaturgię i wymowę obrazu. Pokaże prawdziwą tragedię polskich rodzin. Rozpacz i odchodzenie od zmysłu matki. Jej niewyobrażalny ból! Tu tylko powielono stereotypy. Ojciec nie potrafi udźwignąć ciężaru i zaczyna pić... No proszę! Czy my tacy naprawdę jesteśmy?







    1 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!