• Wędrówką życie jest człowieka...

    Jak żyć z trójjęzycznym dzieckiem?




    W domu zawsze mówimy po polsku. Bo tak wygodniej. Szybciej, a przede wszystkim poprawniej. Przynajmniej ja matka wiem, że mówię gramatycznie. I umiem przekazać każdą swoją myśl, nie kompromitując się przy tym. Dzieci nie protestują, niemniej jak są złe, to zaczynają mówić między sobą językiem Trolli, bo wiedzą, że ja jeszcze nie do końca ich zrozumiem. 

    Pierwszego dnia szkoły w USA rozmawiałam z nauczycielką, tłumacząc łamaną angielszczyzną, że dzieci nie znają języka, a ja przepraszam bardzo, ale nie czuję się jeszcze na siłach, aby ich uczyć. Ona zdecydowanym głosem odpowiedziała, że do synów mam mówić tylko i wyłącznie w swoim ojczystym językiem, a angielskim oni się zajmą. I zajęli się...

    Potem wróciliśmy do Polski, gdzie cofnęli dzieciaki o rok w systemie szkolnym. Andrew nie odczuł tego w ogóle, bo poszedł drugi raz do zerówki, zaś Victor nie mógł zrozumieć, dlaczego musi powtarzać pierwszą klasę. Polska szkoła nie jest zaś przygotowana do przyjmowania dzieci reemigrantów i zawsze łatwiej im cofnąć dziecko niż poświęcić dodatkowy czas na język. 

    Tak minęły trzy lata. Koncentrując się na polskim w ogóle odpuściliśmy angielski. Byłam pewna, że zupełnie zanikł. Miałam nawet wyrzuty sumienia, niemniej zależało mi na tym, aby dzieci jak najszybciej wtopiły się w tłum. Myliłam się. Język, choć ubożeje, to nie zanika. Po przeprowadzce do Norwegii dzieci szybko odkryły, że polskiego nikt tu nie rozumie, ale angielski owszem i to od pierwszych dni pozwoliło im na swobodny kontakt. Tak więc polski znowu pozostał językiem tylko dla domu...

    Norweski opanowali bardzo szybko. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. Najstarszy z najmłodszym rok chodzili do szkoły, gdzie uczono ich tylko norweskiego. Średni po trzech miesiącach sam, przy poparciu nauczycieli, zadecydował o tym, że czas najwyższy pójść do zwykłej norweskiej szkoły. Jak postanowił tak zrobił i uważa, że to była dobra decyzja. Problemów nie miał i twierdzi, że norweski z tych trzech języków jest najłatwiejszy. Za nim oczywiście angielski, a dopiero potem polski. 

    Mieszkając w Norwegii w domu mówimy nadal po polsku. Nie wyobrażam sobie inaczej. Dzieci w szkole i na ulicy po norwesku. Bawiąc się z kolegami mieszają wszystkie trzy języki, bo mają znajomych z różnych stron świata. 

    Abyście nie myśleli, że wszystko jest idealnie przejdę do minusów. To jak pracujemy nad językiem polskim w domu jest tematem na inny post. Teraz kilka scenek z życia z trojgiem dzieci z trzema językami w tle :-) 

    1. Dzieci lepiej mówią po polsku niż piszą. Właściwie piszą jak słyszą. Największe problemy sprawiają im dźwięki sz, cz, dź. Bardzo często w to miejsce wstawiają kombinacje liter, które w języku norweskim bądź angielskim tworzą ten sam dźwięk i tak powstaje np: 

    skjkowa - szkoła
    skj - w norweskim czytamy jak sz
    w - w angielskim czytamy jak ł 

    Najgorsze co może być, to SMS od dziecka! Czasami zajmuje mi pół godziny rozszyfrowanie przekazu :-) 

    2. Co to jest deklinacja? Odmiany przez osoby i inne zagadki językowe? Otóż to największa zmora moich dzieci. Choć codziennie im powtarzam, że ja jestem dziewczynką to i tak kończy się śmiechem któregoś z synów: "mama powiedział, że jest dziewczynką, hihi, a nie starym kobietem" 

    4. Wyrazy niejednoznaczne. W Polsce największy problem stanowiły słowa, które mają więcej niż jedno znaczenie. I tak matematyczne zadania z treścią nagle stały się nie do przeskoczenia. Słowo pożyczyć. Kasia pożyczyła - czyli dała komuś czy dostała od kogoś? Godziny spędzone na tłumaczeniach w końcu zaowocowały, niemniej moje zdrowie zostało mocno nadszarpnięte :-) 

    5. Syn dostał książkę w języku polskim na prezent - zabrał się za czytanie, z czego bardzo się ucieszyłam. Miałam nadzieję, że posiedzę sobie w ciszy. Nic bardziej mylnego! Zaczęło się nawoływanie z pokoju. "Mamo, co to oznacza rozgałęzienie, hojny, poszarzały, niedościgniony, kapuś, wziąć nogi za pas?". I weź tu zrelaksuj się matko trójjęzycznego dziecka! 

    6. Przychodzi najmłodszy ze szkoły i pyta się, za ile przyjedzie nise (piszę tak jak słyszę ). Kto taki? Pytam jeszcze raz, bo nie wiem zupełnie. - Nise - powtarza syn. Hmm, myślę, myślę i z niczym mi się to nie kojarzy. W końcu przychodzi mi do głowy, że to bardzo podobne do angielskiego "niece", więc dumna z siebie, że wiem o co chodzi, odpowiadam ze spokojem, że święta spędzamy sami i nikt do nas nie przyjeżdża. Syn patrzy i nie dowierza. Pojawiają się łzy, aż w końcu dzieciak zaczyna płakać na całego. W tej chwili przychodzi pierworodny i mówi: - Michael nie becz, oczywiście, że będą nice! - patrząc na mnie z wyrzutem mówi: - Jak mogłaś mu powiedzieć, że nie będzie krasnala? - Kogo? - pytam. - No Julenissen. Pomocnik św. Mikołaja, który pomaga w Christmas Eve przynosić gave. 

    Julenissen, nor. -krasnoludek, pomocnik św. Mikołaja 
    gave. nor - prezent 
    Christmas Eve. ang. - Wigilia 
    niece. ang - siostrzenica

    Odpowiadając na pytanie jak żyć z trójjęzycznym dzieckiem powiem jedno - z uśmiechem na twarzy i dumą w sercu. Zawsze jak zabraknie nici porozumienia czy pojawią się problemy z komunikacją, można użyć rąk. Wystarczy pocałować i przytulić dziecko. Mowę ciała zrozumie każdy!


    Wpis ten powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie






    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!