• Wędrówką życie jest człowieka...

    Między FL a PL (6)




















    - Chodź już. Zabieraj swoje rzeczy i jedziemy. Długa droga przed nami.
    - Jeszcze tylko pożegnam się z tymi obok.

    Głośne stukanie do drzwi. Głucha cisza przerwana brzękiem toczonych po podłodze puszek Budweisera, które stanowiły swoisty biało-czerwony dywan.
    - O rany!
    Zosia złapała się za głowę, a Oskar uznał, że jej reakcja jest zanadto emocjonalna, bo ten widok jest przecież całkiem normalny i lekko ją szturchnął.

    On był w Chicago kilka lat i denerwowała go ta wiecznie zdziwiona mina Zosi. Wszystko wydawało się jej inne i niemoralne, a przecież ci ludzie w większości pracowali jak woły, by utrzymać rodzinę w Polsce. Sami zaś nie zawsze dbali o siebie - w imię tych, co zostali w kraju. Tęsknotę zapijali. Poza tym oni spędzali ileś czasu w Chicago i wracali do Moniek czy innych Szaflar. Zupełnie inaczej żyją ci, co zdecydowali się pozostać na stałe.

    Grzesiek szybko zrezygnował z dobudzania kumpli i wszyscy podążyli w kierunku samochodu. Droga powrotna minęła w miarę szybko, zwłaszcza że cała trójka dyskutowała wciąż o aspektach życia emigracji, chicagowskich małżeństwach i pikantnych, zasłyszanych tu i ówdzie historiach.

    - No nie! Nie powiesz mi, że to jest normalne. Jeśli tak uważasz, to dlaczego sam sobie nie znalazłeś takiej „żony” i nie stworzyłeś chicagowskiego małżeństwa? - zaśmiała się Zosia.
    - Bo ja nie chciałem, ale nie potępiam. On i ona. Oboje zostawili rodziny w Polsce. Razem na emigracji jest im łatwiej, razem wynajmują mieszkanie, chodzą do kościoła. Ona chodzi na zakupy dla siebie, on kupuje koszule dla siebie, a gdy wracają do Polski nigdy więcej się nie widzą. Dlaczego Ty się wciąż dziwisz?

    Oskar trochę podirytowany i zmęczony już tą wycieczką cieszył się, że wraca na Florydę. Zdawał sobie sprawę, że Zosia nie odpuści i powróci znowu temat wyjazdu do Poznania. Tyle że dla niego domem była Floryda, Stany. Czuł się tutaj dobrze i nie chciał już tego zmieniać.

    Ludkowie wyprowadzili się tydzień temu.

    - Ewa, to trzeba było w ogóle tego nie sprzątać! Paranoja! - Zosia zdenerwowana wymachiwała rękoma. - Dobra idźcie już, ja sobie to dokończę.
    Ewa Ludkowa nie spojrzawszy na nią zabrała ostatnie szpargały, zamknęła drzwi i tyle się widziały. Dywan odkurzony do połowy, bo do drugiej części pokoju ponoć nie wchodzili, lustro wytarte tylko dołem, bo wyżej wzrok ich nie sięgał i w kuchni tylko jeden palnik przetarty, bo na dwie osoby nie używa się więcej - i tak dalej... Cóż, co kraj, to obyczaj - pomyślała Zosia i zaraz przypomniała sobie o Marceli, z którą ostatnio spędza dużo czasu. Nie wszyscy Czesi są tacy sami.

    Grzesiek cieszył się jak dziecko, skakał, wariował i nie mógł nadziwić pięknu.
    - Przywieźliście mnie do raju! Tu jest zajebiście! Welcome to Florida! Wow...

    Do domu dotarli przed wieczorem, zakupili kilka piw i od razu poszli na basen, który znajdował zaraz obok ich bloku. Otaczał go szereg palm, które zdobiły teren, ale nie dawały cienia i wysiedzieć tu za dnia to naprawdę sztuka.

    Oskar wskoczył pierwszy do wody i widząc podniecenie przyjaciela oraz uśmiechniętą twarz Zosi odetchnął z ulgą. Może ona w końcu zrozumie lub chociaż polubi to miejsce? Jak można tak tęsknić za polskim syfem. Co prawda to dopiero siedem miesięcy poza krajem... Na pewno wszystko się ułoży, zwłaszcza że za tydzień Zosia miała rozpocząć nową pracę w pralni chemicznej. Sprzątanie z hukiem porzuciła już ponad miesiąc temu.

    Pralnia znajduje się po przeciwnej stronie osiedla i prowadzi ją małżeństwo. Właściciel porusza się na wózku inwalidzkim i akurat potrzebuje pomocy, ponieważ żona zajęta jest otwieraniem nowego punktu. Zosia często widywała Mario z psem. Któregoś dnia smycz zaplątała się w koła wózka i mężczyzna nie mógł się ruszyć.
    - Przepraszam, czy możesz mi pomóc?
    - Oczywiście - odpowiedziała Zosia cała czerwona na buzi i to chyba w tej chwili bardziej ze wstydu niż z gorąca. Nadal nie lubiła, gdy ktoś ją zaczepiał, a angielski, choć dużo lepszy, to nadal na poziomie „Kali jeść Kali pić” i często nie rozumiała, co się do niej mówi.
    - O, dziękuję. Nie bój się, Spark nie gryzie, weź smycz i przełóż przez ten otwór. Skąd jesteś?
    - Z Polski.
    - Babcia mojej żony była z Polski. Z Lublina. Szukamy właśnie osoby do pracy, może znasz kogoś?
    - A ja mogę spróbować? Chociaż na pół etatu?
    - Jasne. Porozmawiam tylko z żoną i zadzwonię do ciebie.
    - Tylko że mój angielski jest bardzo słaby, nie wiem czy się nadam - Zosia zaczęła się wycofywać. Nagle dotarło do niej, że może zbyt pochopnie się zdeklarowała.
    - Angielski powiadasz... No tak, to duży problem, ale myślę, że sobie poradzimy.

    I tak Zosia zaprzyjaźniła się z Mario i Margi, która Polki, ba - nawet Europejki w ogóle nie przypominała. Niemniej przyzwyczaiła się już do tego, że każdy, dosłownie każdy miał babcię, prababcię czy też prapradziadka z Polski. Jej praca polegała głównie na pomocy Mario jak i na wielogodzinnych rozmowach. Razem czytali książki, snuli rozważania o historii, a od czasu do czasu przyjęli kilka rzeczy do prania.

    - Zrób głośniej! - Mario wrzasnął aż Zosia podskoczyła.
    - Co?
    - Zosia, głośniej telewizję!
    - Co się dzieje?
    Oboje spojrzeli w gorę, gdzie zamontowany był maleńki telewizorek. Mario często oglądał wiadomości, ale to przecież nie o tej godzinie. Zosia nie zapomniałaby o jego drzemce popołudniowej, kawie i przeglądzie wydarzeń.
    - Nie wiem, nie wiem...
    Mario trzymał się za głowę. Za ladą stał klient, znajomy lekarz, który codziennie przynosił koszule i fartuchy do prania. Zauważyli go dopiero, gdy wszedł do środka i usiadł z szeroko otwartymi ustami.

    Zapanowała cisza. Miażdżąca i przeszywająca na wylot cisza.

    Cdn.

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Gdzie mnie znaleźć?

    Na pewno tutaj, ale jeśli komuś mało, to gorąco zapraszam na Facebooka. Po pierwsze na fanpage Kobieta na swoim, powiązany ściśle z tym blogiem, ale bogatszy również w inne treści. Nie można pominąć Propter Familia , gdzie znajdziecie wszystkie informacje o bieżącej działalności organizacji. Moją bieżącą publicystykę związaną z pobytem w Norwegii znajdziecie na portalu Moja Norwegia. Odsyłam także do ikon społecznościowych na górze strony.

    Moje projekty

    Realizuję się na wielu polach, jak na nowoczesną kobietę renesansu przystało ;-) Jestem założycielką organizacji Propter Familia, która działa w norweskim Bergen. Jej głównym zadaniem jest pomoc Polakom w Norwegii oraz ich integrowanie wokół wartościowych inicjatyw. Jestem blogerką, co widać najlepiej na przykładzie tej strony. Pisuję wiersze, które póki co zyskują uznanie w internecie, ale mam nadzieję, że już wkrótce zaistnieją także poza nim. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o moich działaniach, po prostu śledźcie tego bloga :-)

    O mnie

    Nazywam się Justyna Kotowiecka. Kim jestem? Przede wszystkim żoną, matką i typową strażniczką domowego ogniska. Jednak chcę od życia więcej, dlatego angażuję się w przeróżne inicjatywy. Piszę, tworzę, a swoją twórczością dzielę się z ludźmi w internecie. Zapraszam Was do mojego świata!